Apr 25 2010

WIELKA MAJÓWKA, CZYLI GREAT PICNIC

Published by Apple under Kacper

 

Majówka czy piknik? Oczywiście, może być też piknik majowy – czyli dwa w jednym. Ale ważne, aby było sunny (słonecznie) i merrily (wesoło) oraz on the grass (na trawie). Najważniejszy piknik życia, ten majowy.

 

Jestem studentem i jadę na stypendium do Wielkiej Brytanii. W pewien majowy weekend wraz z koleżankami i kolegami z innych krajów, z którymi razem uczę się angielskiego organizujemy piknik – oczywiście nad wodą, na zielonej trawce, z koszami pełnymi jedzenia i w niezobowiązujących strojach. Nawiązując – w sposób humorystyczny – do scen znanych z powieści znakomitej angielskiej pisarki Jane Austen. Cały tydzień wszystko planujemy. Zbieramy pieniądze, niezbędne akcesoria: kosze, koce, przeciwsłoneczne parasole. Aż wreszcie nadchodzi sobota. Całą gromadą ruszamy za miasto. I bęc, około południa niebo zaciąga się chmurami, a chwilę później uciekamy gnani wiatrem i mokniemy w strugach deszczu. Chowamy się pod konarami rozłożystych drzew, aż wreszcie lądujemy w pobliskim pubie. W końcu to Anglia i należy przyzwyczaić się, że z deszczem trzeba żyć za pan brat.

Ale wspominam ten „great picnic” bardzo dobrze. Dlaczego? Bo udało nam się spędzić wspólnie wiele fantastycznych chwil na ciekawych rozmowach. Przekonaliśmy się też, że literatura dostarcza często lepszej pogody i wyobrażeń, niż codzienność. Co bywa zabawne, ale też i krzepiące. Bo przecież nigdy nie zorganizowalibyśmy tej wyprawy, gdyby nie lektura książek Jane Austen. No i jeszcze coś – to najważniejsze. Przyjechaliśmy tam z różnych części świata, nauczyć się angielskiego. Języka, który pomógł nam znaleźć „wspólny język”. Większość znajomości trwa od tamtej pory nadal. I ciągle piszemy do siebie po angielsku. Jeśli mam jakoś swoje dzieci zachęcić do nauki języka, zawsze opowiadam im tę historię. Dzięki angielskiemu każdego roku dowiaduję się co na świątecznym stole podają w Neapolu u Sophii, a dokąd wybierze się na wakacje Yana z Zambii. Enjoy English!

 

No responses yet

Mar 25 2010

DYSLEKSJA CZY ZWYKŁE LENISTWO?

Published by Apple under aktualności

 

Dysleksja nie jest wadą ani chorobą. Jest to zaburzenie występujące u dzieci (ale też u dorosłych), które nie mogą opanować umiejętności językowych: czytania, pisania i ortografii. Nie są one rezultatem ogólnego opóźnienia rozwoju czy osłabienia wrażliwości zmysłowej: wynikają ze zmian w ośrodkowym układzie nerwowym. Dyslektycy mogą być jednak bardzo zdolni. Znani dyslektycy to: H. Ch. Andersen, Jan Matejko czy Jacek Kuroń. 

Jeżeli dziecko zaczyna późno chodzić, około trzeciego roku życia zaczyna mówić, w wieku przedszkolnym ma trudności w opanowaniu jazdy na rowerze (obniżona sprawność ruchowa), nie umie trzymać w ręce łyżeczki i widelca (obniżona sprawność manualna), posiada częste wady wymowy, nie może zapamiętać stron: lewa – prawa oraz myli litery z-s, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że w przyszłości będzie dyslektykiem. Ponadto przyszły dyslektyk nie narysuje kółka w wieku 3 lat, jako czterolatek nie narysuje kwadratu i krzyża , a w wieku 5 lat nie narysuje trójkąta równoramiennego.  

Aby z całą pewnością stwierdzić czy dziecko jest dyslektykiem, czy też zwyczajnym leniem, należy poddać je badaniom psychologiczno-pedagogicznym i obserwować postępy w nauce.    

Na dysleksję wskazywać mogą:

- trudności w odróżnianiu prawej i lewej strony ciała,

- problemy z określaniem kierunku w przestrzeni,

- kłopoty z zawiązaniem sznurowadła, zapięciem guzików, utrzymaniem nożyczek,

- trudności w utrzymywaniu rytmu, np. w trakcie klaskania,

- trudności w wykonywaniu więcej niż jednego polecenia naraz,

- niezgrabność, niezdarność np. w skakaniu, łapaniu piłki,

- problemy w zadaniach wymagających utrzymania równowagi, np. bocian, stanie na jednej nodze,

- brak umiejętności ułożenia według wzoru układanki,

- roztargnienie, refleks znacznie wolniejszy niż u rówieśników,

- opuszczanie lub mylenie wyrazów,

- zlewanie się liter w wyrazie,

- trudności  w przepisywaniu z tablicy,

- trudności w zapamiętywaniu dat, adresów, numerów telefonu itp.,

- problemy ze zrozumieniem pojęć: wczoraj, dziś, jutro,

- trudności w wykonywaniu prostych obliczeń,

- mylenie kierunków: prawy- lewy, góra – dół,

- niestaranne lub błędnie formowane litery, brak odróżnienia liter o podobnych kształtach ( m-n, l-t-ł),

- odwrócenia lustrzane liter lub całych słów,

- przestawianie głosek w wyrazach,

- kłopoty z zapamiętywaniem wierszyków i piosenek,

- problemy z nazywaniem po kolei dni tygodnia, pory roku, nazwy miesięcy,

- kłopoty z odróżnianiem głosek o podobnym brzmieniu (g-k, z-s, w-f),

- brak umiejętności płynnego czytania,

- unikanie czytania,

- trudności z utrzymaniem długopisu,

- zaburzone pisanie, trudne do odczytania i zrozumienia – opuszczanie liter
i sylab lub ich dodawanie, słabe użycie składni,

- kłopoty z odtwarzaniem figur geometrycznych,

- błędna wymowa, kłopoty z zapamiętaniem wypowiedzianego wyrazu,

- trudności w odpowiedzi na pytania do czytanego tekstu,

- niezdolność do zapamiętania wyrazów i zwrotów dyktowanych, 

- trudności z koncentracją uwagi, łatwość rozpraszania się.

Oczywiście to od rodziców zależy jak szybko wykryta zostanie dysleksja u ich dziecka. Nie należy traktować dziecka jak chorego, kalekiego, niezdolnego, złego czy leniwego. Nie wolno karać i wyśmiewać. Nie łudzić się również, że „samo z tego wyrośnie”… Dziecko pozbawione specjalistycznej opieki nie poradzi sobie z dysleksją. Gdzie zatem szukać pomocy? U logopedy, nauczyciela, u pedagoga czy psychologa szkolnego, w poradniach psychologiczno–pedagogicznych, a także w Zarządzie Głównym i oddziałach Polskiego Towarzystwa Dysleksji.  Dzieci uczęszczające na zajęcia do centrów Helen Doron również objęte są opieką pedagogiczną i psychologiczną − tu także mogą Państwo uzyskać specjalistyczną pomoc.

.

No responses yet

Mar 19 2010

KTO URATUJE MARZANNĘ?

Published by Apple under Venetta

 

Marzanna jest w beznadziejnej sytuacji. Jej los jest przesądzony: musi zginąć… Tak nakazuje tradycja i koniec. „Topienie Marzanny” – symbolu zimy – jeśli się nad tym zastanowić, jest obrządkiem raczej okrutnym. Dziecięcy orszak wiedzie nad rzekę słomianą kukłę przypominającą kobietę. Tam najpierw się ją podpala, a potem wrzuca w lodowatą toń. Towarzyszą temu radosne śpiewy i gaik-maik witający wiosnę.

 

Kto nie topił Marzanny? Sama pamiętam z czasów kiedy byłam małą dziewczynką, jak 21 marca gromadnie szło się przez całe miasto w kolorowym pochodzie i nad rzeką ukatrupiało złą zimę. A delikwent, który miał to szczęście i trzymał kukłę – mógł czuć się lepszy od innych. Mógł, bo i cała reszta szczerze zazdrościła wybrańcowi Pani Nauczycielki. Oczywiście „topienie Marzanny” bawi jedynie najmłodszych – takich w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym. Starsi z utęsknieniem czekają na pierwszy dzień wiosny raczej ze względu na inną tradycję: Dzień Wagarowicza. Niemniej jednak, jak świat światem, młodsze dzieciaki piszczą z radości na okoliczność zgładzenia Marzanny. I jakoś nigdy nie przyszło mi nawet do głowy, że właściwie to ten zwyczaj – choć stary jak cała słowiańszczyzna – jest straszny i scenariusz ma jak z horroru. Moja młodsza córka, która na Marzannie „zjadła zęby” i właściwie mogłaby być w tej kwestii ekspertem, zaserwowała nam jeszcze jedną ciekawostkę, o której nie mieliśmy pojęcia. Otóż, zgodnie z przesądem, pływającej Marzanny nie można dotknąć, bo… po takim dotyku uschnie ręka. I w ogóle, jak już się wrzuci tę nieszczęsną zimę do wody, trzeba jak najszybciej odejść – nie odwracając się, bo Marzanna może rzucić zły czar i potem można się na przykład rozchorować. Że o innych strasznościach nie wspomnę.

            – Skąd to wiesz? – zapytałam.

           – Pani nam opowiadała i potem dziewczyny mówiły, że to prawda. Bo jedna taka Ania z osiedla, jak w zeszłym roku dotknęła Marzanny to potem była w szpitalu i rodzice musieli wydać dużo pieniędzy na leczenie.

Mała opowiadała z takim przejęciem, że aż dostała wypieków. Ja właściwie też, ale raczej z niedowierzania. Oczywiście potęga dziecięcej wyobraźni jest wielka i jakiekolwiek próby racjonalnego wytłumaczenia słowa „tradycja” w takiej sytuacji należy sobie darować: mądrala nie dała się przekonać i została przy swoim. W końcu „Pani” jest większym autorytetem, niż mama czy tato – i to też z pokorą trzeba zaakceptować.

Starsze dzieci są już bardziej racjonalne i głębiej osadzone we współczesnej rzeczywistości:

            – A ja uważam, że Marzannę trzeba w końcu uratować. I nawet można by było jakąś fajną pikietę w jej obronie zrobić – stwierdził nastoletni syn.

            – Spoko pomysł. To nawet mogłoby nieźle chwycić – wtórowała mu starsza siostra.

Włos zjeżył mi się na głowie, bo oto wyobraziłam sobie, jak młodszej córce od dotknięcia Marzanny usycha ręka, a starsze dzieci trafiają do aresztu za zorganizowanie nielegalnej manifestacji… Postanowiłam, że w tym roku, w swojej szkole ani słowem nie wspomnę o staropolskich tradycjach związanych z pierwszym dniem wiosny. Szukałam w Internecie czy w innych krajach też czaruje się wiosnę w klimacie gore. Nic nie znalazłam. Może po prostu obcokrajowcy przechodzą nad faktem jej nadejścia do porządku dziennego: ot, przyszła i jest. A zima odeszła i nie ma na to rady :-)

.

No responses yet

Next »