Archive for September, 2008

Sep 25 2008

Przebojowe dzieci

Published by Apple under Venetta

 

Jako mała dziewczynka wyobrażałam sobie, że kiedy dorosnę zostanę piosenkarką, aktorką, albo znaną modelką. Generalnie widziałam siebie na scenie, w blasku reflektorów, w butach na niebotycznie wysokich obcasach (takich, jakie nosiła wtedy mama) i koniecznie z czerwonymi pazurami. Bo przecież wszystkie „gwiazdy mają czerwone pazury” – jak napisała wiele lat temu w książce o takim właśnie tytule Krystyna Janda. Oczywiście życie pisze własne scenariusze i wraz z tym, jak coraz bardziej rosłam – coraz bardziej malały niebotyczne obcasy z moich dziecięcych wizji. A kiedy w końcu przyszedł ten moment, że trzeba było zdecydować o wyborze zawodowej drogi – nawet przez moment nie pojawiło się wtedy w kręgu moich zainteresowań żadne z dawnych marzeń. Dlatego wcale nie zdziwiło mnie, że któregoś dnia nasza córka wsunęła maleńkie stópki w moje szpilki, obwiesiła się biżuterią i wymalowana karminową szminką z pełnym przekonaniem oznajmiła: - Postanawiam, że kiedy dorosnę zostanę znaną piosenkarką i będę jeździć w trasy koncertowe… Po czym przez najbliższe dni na okrągło słuchaliśmy „The Best of Madonna” i oglądaliśmy popisy małej gwiazdy, która trenując przed lustrem wyśpiewywała dziecięcym głosikiem „Lucky Star”, „Vogue” i „Material Girl”… Oczywiście w mgnieniu oka wszystkie przeboje znała już na pamięć. Zanim jednak zdążyliśmy oswoić się z myślą, że nasza córka zostanie następną królową pop – gwiazda zmieniła zdanie i postanowiła, że w przyszłości będzie jednak… znaną aktorką filmową. Po czym powiesiła nad łóżkiem w swoim pokoju wielki plakat Marilyn Monroe. Oczywiście nie ma sensu przejmować się i traktować poważnie kolejnych dziecięcych wcieleń czy „życiowych” deklaracji. Z tego wszystkiego chce mi się raczej śmiać, chociaż w takiej sytuacji należy zachować godną chwili powagę i ani przez moment nie przekonywać dziecka, że w przyszłości jeszcze milion razy zmieni mu się życiowa optyka. To samo poradziłam mojej siostrze, której syn już od kilku lat przeżywa niesłabnącą fascynację Harry Potterem. Kiedy był jeszcze kilkulatkiem, na ekrany polskich kin wchodziła właśnie pierwsza część filmu. Teraz jest już na tyle duży, że swobodnie czyta oryginalne, anglojęzyczne wydania książki Joanne Rowling. I z utęsknieniem czeka na każdy kolejny tom opisujący przygody małego czarodzieja. Jest też zagorzałym kolekcjonerem wszystkiego, co wiąże się z jego ukochanym bohaterem. Do tego stopnia, że postanowił „na poważnie” zająć się w przyszłości magią i nawet znalazł już przez Internet specjalną szkołę dla czarodziejów w Anglii. Co oczywiście wzbudziło przerażenie rodziców…
Cóż, każdy z nas widzi swoje dziecko w roli szanowanego lekarza, prawnika, bankowca czy biznesmena. Tyle, że z dziecięcej perspektywy – taka przyszłość jest nudna i mało atrakcyjna. Zresztą przypomnijmy sobie siebie sprzed lat. Dlatego nie ma sensu zabraniać dzieciom fantazjowania. Nie ograniczajmy ich wyobraźni, a wręcz przeciwnie: pozwólmy naszym małym dzieciakom na wielkie marzenia. A nuż rzeczywiście któreś z nich ma zapisaną w gwiazdach przyszłość, jako… wielka gwiazda :)

 

No responses yet

Sep 18 2008

Czy komiksy kształcą?

Published by Apple under Kacper


- Dlaczego ty im na to pozwalasz?
– za każdym razem, kiedy słyszę to pytanie (a raczej oskarżenie) mojej mamy, wpadam w panikę. Chodzi o komiksy i o to, że nie zabraniam dzieciom ich oglądania i czytania. Prawda jest taka: nawet jakbym zakazał to i tak znalazłyby sto pięćdziesiąt tysięcy sposobów, by do nich dotrzeć. Więc lepiej przymknąć oko, a dzięki temu móc swobodnie i dyskretnie kontrolować treść komiksów. Ten prosty fortel sprawia, że mam pewność co czytają moje dzieci, a moje dzieci mają z kolei wielką uciechę, bo przecież właśnie po to są komiksy. Któż ich zresztą nie lubi? Tyle, że trudno wszystko to wytłumaczyć mamie, a teraz także i naszej szacownej babci, która na temat jedynie słusznej drogi wychowawczej naszej rodziny ma ostatnie i decydujące zdanie.

- Przecież do lektury w języku angielskim możesz je zachęcić choćby „Alicją w krainie czarów…” – argumentują mama i babcia. Tak i nie. Każdy kij ma dwa końce, a króliczek po złapaniu może okazać się czymś zupełnie innym. Ale tego mamie też nie powiem. Nie mogę się przyznać, że po dziecięcej lekturze „Alice in Wonderland” nic a nic nie nauczyłem się angielskiego. Poza tym, że na pamięć potrafiłem wyklepać niektóre fragmenty książki. Wszystko dzieje się w określonym czasie i miejscu. A dzieci ten „określony czas i miejsce” wolą wybierać same. Na Alice też przyjdzie czas. Tak, jak przeminie „pięć minut” komiksów. Prawda jest taka: zdania i scenki, które znajdziemy w komiksach są proste, zabawne i odnoszą się do konkretnych, życiowych sytuacji. Dodatkowo, dziecko czytając tekst od razu ma utrwalenie treści w postaci obrazka. Oczywiście mówimy tu o drukowanych kreskówkach edukacyjnych lub komiksach, które są naprawdę zabawne i pouczające. Opowieści pełne brutalności, albo zaludnione absurdalnymi bohaterami staram się trzymać z daleka od mojej gromadki. Oczywiście z taką „lekturą” też – prędzej czy później – przyjdzie im się spotkać. Ale mam nadzieję, że do tego czasu zdążę je już na to przygotować. Przynajmniej nie będą dorastały w żalu, że rodzice zabraniali czytać wymarzone komiksy, co potem owocuje buntem i bezkrytyczną fascynacją tym tematem. Skąd to wiem? Ano dzięki mojej mamie, która nie pozwalała mi czytać, ani trzymać w domu komiksów. Nawet argument nauki języka angielskiego nie pomógł. Wprawdzie nie uwierzyłem, że jestem Batmanem, ale zapytajcie mojej żony czy jest zadowolona, że w naszej garderobie zalegają sterty kartonów z komiksami…

Oczywiście zostałem kolekcjonerem. Ale zawsze powtarzam: to wina mamy J

 

No responses yet

Sep 15 2008

Sweet doll i najlepsza z córek czyli: zakupy naprawdę są cool :)

Published by Apple under Venetta

 

Lubię chodzić na zakupy z córką mojej siostry. Zawsze dowiem się czegoś ciekawego. Ot, na przykład jakich modnych słówek używa obecnie młodzież, gdzie chadza i w co się ubiera. Dlatego ucieszyłam się, kiedy zadzwoniła Ola z pytaniem czy i tym razem pojadę z nią do pobliskiego centrum handlowego. Na celownik trafiły koszulki: - Takie cool, na jesień – usłyszałam od Młodej. To, że wszystko jest cool, albo not jazzy – to już wiem, ale dopiero tego dnia miałam przekonać się o co chodzi z tymi koszulkami i dlaczego to jest takie ważne.

Bo po pierwsze: T-shirt to wyraz naszej (w sensie ich młodych) indywidualności, po drugie: odpowiedni fason mówi o guście estetycznym, muzycznym i po prostu życiowym (normalnie oni już o życiu… włosy stanęły mi dęba!) i po trzecie: podkoszulek musi mieć fajny napis, bo inaczej to się nie liczy.

Tak więc rzuciłyśmy się na butiki oferujące specjalne cool T-shirty dla niezliczonych zastępów młodych indywidualistów. Szybko stało się jasne, że nasze wyobrażenia o estetyce znajdują się na dwóch odległych biegunach: - Ciocia, dlaczego mi podajesz same szaro-bure ciuchy? - marudziła Ola w przymierzalni. - Bo to takie eleganckie, ekologiczne kolory – odparłam spokojnie. – A weź, daj spokój… jeszcze te napisy, normalnie kicha. Mogłabyś przynieść mi taką fioletową, która wisi koło lady? Ola ostentacyjnie zbojkotowała moje odzieżowe faworytki…

W następnym sklepie nie było lepiej. W końcu weszłyśmy do papuziego straganu, który wydał mi się rodzajem pstrokatego namiotu cyrkowego. Ola już w progu zapiszczała radośnie: - Yes, yes, yes! To jest to! W pięć minut wyszarpała stertę koszulek i z gorączkowym entuzjazmem przymierzała jedną po drugiej. – Ej, no i jak myślisz, która jest najfajniejsza? – wskazała trzy wyselekcjonowane top-kandydatki. Na pierwszej widniał slogan: „Sexy princess”, na drugiej „Pink, Crazy, Funky Girl”, a na ostatniej (przeraźliwie różowej i upstrzonej kryształkami) „Sweet Doll”. Nie podobała mi się ani jedna. Musiałam być jednak dyplomatką:

- Kochanie, hmm… nie wiem czy to dobry pomysł epatować takim napisem – wskazałam pierwszą bluzeczkę. – Ej, no ciocia, przecież znam angielski co nie? Uczę się…” – przerwała Ola, jasno dając mi do zrozumienia, że co najwyżej mogę wypowiedzieć się na temat fasonu czy koloru.  Westchnęłam. Moja siostrzenica wybrała… najbrzydszy podkoszulek. Sweet Doll. Z zadowoleniem (ona – bo kupiła wymarzony T-shirt, ja – bo doszłam do wniosku, że są na tym świecie rzeczy i sprawy, na które jestem już za stara i lepiej się w to nie mieszać) skierowałyśmy się do wyjścia. - Nie przeszkadza ci ten napis „słodka lalka?” – próbowałam drążyć temat, bo w sumie to jednak chciałam nie czuć się tak staro i obco. - No co ty. To taka przenośnia i żart. Nie domyśliłaś się? Ale ty jednak staromodna jesteś, oj ciocia… – westchnęła z pobłażaniem moja nastoletnia towarzyszka. Tuż przy samym wyjściu z pasażu handlowego zobaczyłam niewielkie stoisko ze śmiesznymi koszulkami. - O! A może kupić ci taką? - wskazałam rozbawiona na wiszący przed naszymi oczami biały T-shirt z napisem: „Najlepsza z córek”. Olka żachnęła się oburzona: - No proszę cię! Daj spokój, ciocia! Przecież by mnie w szkole wyśmiali! -Przecież to taki żart – próbowałam odbić piłeczkę. Nic z tego.

W końcu wróciłyśmy do domu. W kuchni powitała nas moja najmłodsza córka, która właśnie przechodzi szybki kurs samodzielnego buszowania po kuchni. - Ola! – zawołała na widok kuzynki, która z dumą prezentowała na sobie swój nowy nabytek.

- Fajnie, fajnie! Jesteś słodka lalka! To znaczy, że mogę się tobą bawić – zapiszczała. Olka błagalnie spojrzała w moim kierunku, wiedząc co ją czeka. Udając, że nie rozumiem o co chodzi, wzruszyłam ramionami: -No wiesz, ona też się uczy – uśmiechnęłam się słodko. Kiedy dziewczynki bawiły się w salonie w czesanie lalki (Ola – lalka, mała – fryzjerka…), w zaciszu swojej sypialni przymierzałam T-shirt: „Najlepsza z córek”…

- Ooo, nieee – pomyślałam racjonalnie. - Założenie go na wizytę u mamy to zdecydowanie zły pomysł… Konsekwencje mogłyby być zbyt miażdżące :)

 

One response so far

Next »