Archive for October, 2008

Oct 31 2008

Doceniono blog Helen Doron :)

Published by Apple under aktualności

 

 

Dziś ogłoszone zostały wyniki ogólnopolskiego konkursu Blog Firmowy roku 2008. Miło nam poinformować, że blog Helen Doron zajął II miejsce, w kategorii „blog nowy” (działający od 3 do 6 miesięcy).

 

Więcej informacji o konkursie i laureatach znajduje się tu i tu. O wynikach konkursu zadecydowało jury, którego skład poznać można tutaj.

 

Dziękujemy za uznanie, zapraszamy do lektury blogu i zamieszczania komentarzy (wszak podstawą komunikacji jest wymiana opinii i różnych zdań na tę samą sprawę J). Czekamy też na Państwa uwagi, rady i sugestie.

 

Pozdrawiamy,

Veni & Kacper

 

PS. W przyszłym roku będziemy pierwsi J

 

No responses yet

Oct 31 2008

Tato mówi mało, ale… trafia lepiej od mamy

Published by Apple under znalezione

 

Najnowsze badania wskazują, że to ojcowie mają silniejszy wpływ na rozwój mowy dziecka. Słowa matki kształtują w maluchu emocjonalność. To, co mówi ojciec – buduje zdolności językowe dziecka.

 

Amerykańscy uczeni przez ponad dwa lata prowadzili badania obejmujące dziewięćdziesiąt dwie rodziny z dziećmi w wieku poniżej pierwszego roku życia. Ważnym aspektem były dochody rodziców, ich wykształcenie i zapewniane warunki opieki nad dzieckiem. Badaną grupę stanowili dobrze wykształceni rodzice należący do klasy średniej, żyjący w formalnych związkach, mieszkający i wychowujący dziecko wspólnie. Kiedy dzieci osiągnęły wiek dwóch lat, uczeni nagrali każdą z rodzin na wideo w czasie swobodnej zabawy obojga rodziców z dzieckiem. Podsumowując badania, policzono wszystkie słowa wypowiedziane w trakcie zabawy przez rodziców: ile razy użyli każdego ze słów, jaka była złożoność ich wypowiedzi, z jakim natężeniem wykorzystali w przekazie do dziecka wszystkie pozostałe aspekty mowy.

Wyniki okazały się zaskakujące. Ojcowie mówili o połowę mniej niż matki. Przy czym każdy z rodziców zadał dziecku w trakcie zabawy podobną liczbę pytań. Kolejnym etapem badań było sprawdzenie dzieci przy pomocy testów mowy. Postępowanie miało sprawdzić poziom ich komunikatywności oraz zasób słownictwa. Szczególny nacisk położono na wskazanie, od którego z rodziców zostały przyswojone dane wyrażenia. I tu również wyniki okazały się wielkim zaskoczeniem: na dziecko zdecydowanie większy wpływ ma mowa ojca, nie matki. Uczeni nie potrafili wyjaśnić tego zjawiska. – Powszechnie wiadomo przecież, że to kontakt z matką w większym stopniu wpływa na rozwój mowy dziecka – stwierdziła Nadia Pancsofar, główna autorka badań, reprezentująca Frank Porter Graham Child Developement Institute przy University of North Carolina. I mimo, że zwykle to jednak matka spędza z dzieckiem więcej czasu, przez co to ona powinna w głównej mierze kształtować nawyki językowe malucha, wyniki badań są niepodważalne i jednoznacznie wskazują: na rozwój mowy dziecka w większym stopniu wpływa kontakt z ojcem.

Morał z tego taki: tatusiu, zanim zabierzesz swoją latorośl na wycieczkę samochodem – przeciskając się przez korek, powstrzymaj się od „gorących” komentarzy. Bądź pewien, że twoja córka lub syn nie zapamięta śpiewanych jej w tym czasie przez mamę piosenek. Na pewno utkwi za to w małej główce, że pan który właśnie zajechał drogę tatusiowi to… ;)

 

 

Opr. na podstawie: Nicholas Bakalar, New York Times, published: November 14, 2006

 

No responses yet

Oct 28 2008

Pierogi ruskie po angielsku

Published by Apple under Venetta


Dzieciaki mojej siostry zasługują na pełnometrażowy film

o sobie. Zawsze, kiedy przyjeżdżają do nas całą gromadą – dzieją się rzeczy zaskakujące…

 

Moja siostra ma dwie córki. Jedna jest już całkiem duża i uwielbiamy chadzać razem na zakupy, o czym kiedyś pisałam, druga z dziewczynek to zaledwie 3-letni „podlotek”. Co ciekawe, obie dziewczynki wychowywały się zupełnie inaczej.

Kiedy moja siostra urodziła pierwszą ze swoich pociech, była na etapie pierwszej pracy, urządzania domu i swojego życia. Musiała pogodzić obowiązki mamy z walką o pozycję zawodową. Stąd Ola (starsza z dziewczynek) była od samego początku uczona samodzielności. Ta wrodzona swoboda i samodzielność dotyczyły też nauki, dlatego Olcia języków obcych zaczęła uczyć się na własną rękę i po swojemu. Było sporo śmiechu, ale też i nerwów gdy musiała skonfrontować swoją wiedzę ze szkolną rzeczywistością. Kiedy siostra zdecydowała się na drugie dziecko, od początku zarzekała się, że teraz będzie inaczej. No i było inaczej…

Karolka to prawdziwe oczko w głowie rodziców i – co tu dużo mówić – całej reszty naszej rodziny. W związku z tym, że można było poświęcić jej o wiele więcej czasu i uwagi (poza tym przez lata doszło nam sporo doświadczenia życiowego) wychowanie i edukacja Karolki wydawały się być dobrze zaplanowaną strategią postępowania. Niespełna roczna mała oglądała anglojęzyczne programy edukacyjne, dostawała specjalne książeczki do zabawy, a rodzice, dziadkowie, bliższe i dalsze ciocie starały się tłumaczyć jej w sposób racjonalny i użyteczny rzeczywistość świata. Więc kiedy moja siostra zdecydowała się sprawdzić czy Karolka jest w odpowiedniej formie, aby pójść do przedszkola – nikt nie spodziewał się problemów. A tu… bęc!

Karolka w przedszkolu (nawet podczas próbnych odwiedzin) bawić się nie chciała. Był płacz, niechęć do jedzenia, nauczone po angielsku piosenki nagle wyleciały z pamięci, dzieci przestały być atrakcyjnym towarzystwem, a wręcz odwrotnie: zagrożeniem dla priorytetowej roli Karolki. Byłam zdziwiona i zaskoczona. Siostra przyznała, że niestety spełniają się jej wcześniejsze obawy. Spędzając z małą bardzo dużo czasu zauważyła, że dziewczynka przyzwyczaiła się do ciągłej atencji ze strony mamy i wyłącznie wspólnej z nią zabawy. A ona, jak się okazało, spędzając czas z Karolką nie mogła zajmować się niczym innym, jak tylko zabawą. - Pieczenie ciasta? Zapomnij! Praca? Nie żartuj… – usłyszałam. Stąd pojawił się pomysł z przedszkolem. Ale cóż, nie od razu Rzym zbudowano.

Zaczęłam zastanawiać się, co mogłabym zrobić. Starsza siostra Karolki była już na zupełnie innym etapie dorastania i niewiele mogła mi pomóc. Któregoś dnia zabrałam więc Karolkę na zajęcia do naszej szkoły. Ale nie do swojej grupy: eksperyment z góry skazany byłby na niepowodzenie, wszak jestem jej ciocią. Pomyślałam, że takie zajęcia będą dobrym wprowadzeniem do rzeczywistości przedszkolnej. Są krótsze i dziecko nie spędza na nich tyle czasu ile w tradycyjnym przedszkolu, do tego grupy są mniej liczne. Początek był trudny. Pierwsza konfrontacja nie obyła się bez łez i siedzenia w kącie. Mała zabrała innej dziewczynce zabawkę i przeszkadzała w zgadywankach. Udawała, że nic a nic nie rozumie po angielsku. Dopiero podczas trzecich odwiedzin, kiedy w trakcie zabawy nauczycielka spytała: - Where is our little bunny?, Karolka nie czekając na resztę dzieciaków zakrzyknęła:

- Bunny is here! i wskazała palcem króliczka na swojej koszulce. Dopiero kiedy dzieci wyraziły zachwyt jej bluzeczką i humorem, atmosfera ociepliła się. Karolka stała się częścią grupy i myślimy, że już niebawem poradzi sobie w przedszkolu, nawet przez osiem godzin. Mama Karolki też odetchnęła: ma w końcu czas dla siebie. Mała nareszcie zrozumiała, że każdy ma swoje zajęcia, a czas można spędzać wspólnie nie tylko na zabawie. Teraz przechodzi etap pomagania mamie w kuchni. Dostarcza przy tym sporo bałaganu, ale jeszcze więcej humoru. Ot, chociażby jak wtedy kiedy dociekała… jak będą pierogi ruskie po angielsku: russian dumplings? W takim razie, hmm… jak będą „kopytka”?

 

No responses yet

Next »