Archive for March, 2009

Mar 31 2009

DIRTY DANCING CZYLI WIRUJĄCA WYOBRAŹNIA

Published by Apple under Kacper

dirty_dancing

 

Polskie tłumaczenia anglojęzycznych tytułów zawsze napawały mnie gigantycznym zdumieniem. Bo, delikatnie mówiąc, dość daleko odbiegają od oryginałów :) a najdalej odjechane bezapelacyjnie pozostają tytuły filmowe. Podobno jest taki prikaz, że polskie tłumaczenie ma wynikać z treści danego filmu. Chociaż czasem, analizując niektóre „perełki“ mam wrażenie, że tytuł – i owszem – nawiązuje do treści. Tylko zupełnie innego obrazu :)

 A oto moi faworyci:

 

Gilmore Girls – Kochane Kłopoty

10 things I hate about you – Zakochana złośnica

A walk to remember – Szkoła uczuć

Dirty Dancing – Wirujący seks

Knight’s Tale – Obłędny rycerz

High Fidelity – Przeboje i Podboje

Eternal Sunshine Of Spotless Mind – Zakochany bez pamieci

Save the last dance – W rytmie hip hopu

Terminator – Elektroniczny morderca

The secret – Co się wydarzyło w miasteczku Tarrington

Chastin liberty – Córka prezydenta

Coyote Ugly – Wygrane marzenia

Die Hard – Szklana pułapka

Finding Neverland – Marzyciel

Meet the Fockers – Poznaj moich rodzicow

 

Takich przykładów jest oczywiście o wiele więcej. Zapraszam do uzupełniania listy :)


One response so far

Mar 18 2009

WIOSENNE e-ZAKUPY

Published by Apple under Venetta

e-zakupy

 

Dni coraz dłuższe, słońca coraz więcej. Idzie wiosna. To pewne. Już widać ją na ulicach: kolorowe spódnice dziewczyn śmielej wychylają rąbka spod kurtek, płaszcze coraz cieńsze, a i kozaki powoli ustępują miejsca półbutom. Wiosna to doskonały czas na remanent w szafie i… zakupowe szaleństwo.

 

Czy też tak macie, że wiosną ogarnia Was szał ciuchowych zakupów? Mnie zawsze opętuje coś takiego, że najchętniej wymieniłabym po zimie całą garderobę. Dość mam grubych swetrów, czap, wełnianych skarpet i okryć ciężkich niczym staropolski żupan. Mam ochotę na kwieciste sukienki i zwiewny płaszczyk. Ciekawe, że mojemu mężowi zmiana aury kompletnie nie robi różnicy… Biorę się więc za szafową selekcję: zimowe kapoty wędrują w pudłach na pawlacz, w zamian witam się ze wszystkim co upchnęłam tam przed zimą. Oczywiście tradycyjnie okazuje się, że Maluchy przez zimę kompletnie powyrastały ze spodni, butów i w ogóle każdej rzeczy, z jakiej były w stanie przez tych kilka miesięcy wyrosnąć. A kto ma dzieci ten wie, że są w stanie wyrosnąć ze wszystkiego ;) Co nie jest przykrótkie, jest w totalnym rozpadzie. Mnie natomiast przez zimę jakby przybyło. Bynajmniej nie wzdłuż. Mam teorię, że w pawlaczu panuje jakiś wyjątkowo złośliwy klimat, który kurczy wszystkie moje rzeczy. Tak, tak… zakupy są niezbędne. Ach, gdyby tak jeszcze można było sobie na nie pozwolić nie od czadu do czasu tylko wtedy, kiedy ma się ochotę. Tak, że wchodzę do sklepu, biorę z wieszaka, przymierzam, płacę i wchodzę do następnego sklepu… Pomarzyć dobra rzecz. Póki co staję przed problemem wielkim jak dwie Ameryki. Moje dzieci weszły już w ten etap dorastania, w którym nader konkretnie sprecyzowały się im gusta estetyczne. Jak łatwo się domyślić – diametralnie odchodząc od stylistycznego zamysłu rodziców (czyli płatników). No i zaczęło się:

- Mamo, chcę mieć koszulkę z Britney. Kaśki mama kupiła jej taką na e-bayu. Ja też chcę.

- Mamo, chcę mieć spodnie Camouflage Mission z odczepianymi szelkami. Jakby co, mam adres takiego angielskiego sklepu.

- Mamo, chcę mieć buty Nike z Ciasteczkowym Potworem. No wiesz, tym z Ulicy Sezamkowej. Na Allegro są tańsze niż w sklepie. To co, mogę zalicytować?

Mamo to, mamo tamto. Wszystko dokładnie określone. Łącznie z miejscem, w którym za jednym pociągnięciem magicznej, plastikowej karty można tę rzecz mieć. Nie wychodząc z domu. Moje myślenie o zakupach różni się od myślenia o zakupach nowoczesnych dzieciaków: w ulubionej wizji przemierzam piętra galerii handlowej, biegam od sklepu do sklepu taszcząc papierowe torby pełne dóbr, spotykam się ze znajomymi, przysiadamy na kawę, plotkujemy… Zakupy zawsze są okazją do czegoś więcej, niż tylko wydania pieniędzy. Pokolenie moich dzieci najchętniej sprowadza je do aktu wklepania w okienko monitora ciągu cyfr z karty kredytowej. Rodziców, póki nie ma własnej. Cóż, to jeden z wielu znaków naszych czasów. Czy to źle? Wolałabym, żeby nadal chcieli nosić to, co sama im wybiorę. Ale mam też w pamięci stosy nocnych szlafmyc i pstrokatych sweterków kompletnie nie w moim guście, które przez lata kupowała mi mama. Aż kiedyś doszła w końcu do wniosku, że lepiej dać mi pieniądze do ręki i wysłać na zakupy – tego, co mnie samej się podoba. Tyle, że było to dawno, dawno temu, w erze daleko przedinternetowej. Nie przeczę, lubię czasem kupić to i owo nie ruszając się z fotela. Chociaż do kupowania on-line ubrań i butów jednak nie dam się przekonać. Ale rozumiem też moje dzieci. Bo, co prawda, w e-sklepie nie da się przymierzyć bluzki czy spodni, ale zawsze przy okazji zakupów można jednocześnie poklikać przez komunikator ze znajomymi z całego świata. Wszystkimi naraz :)

 

 

One response so far

Mar 04 2009

PRZEDSZKOLE CZYNNE CAŁĄ DOBĘ

Published by Apple under Venetta

 

W całodobowym przedszkolu można zostawić dziecko (lub „przechować” – jak mówią przeciwnicy pomysłu) do wieczora, a nawet do następnego dnia. Oczywiście pod okiem fachowej, przedszkolnej kadry. Pedagodzy biją na alarm, tymczasem pomysł bardzo podoba się rodzicom. Nie wszystkim, oczywiście.

 

- Zostawiłabyś swojego najmłodszego na noc w takim przedszkolu? – pytam przyjaciółkę. Siedzimy na ploteczkach w mojej kuchni i akurat zeszło na temat owych szczęsnych-nieszczęsnych przedszkoli. Właśnie gruchnęła wiadomość, że otwierają takie w naszym mieście. W Polsce to nowość, działa ich zaledwie kilka. Właściwie są zwyczajnymi przedszkolami. Różnica polega jedynie na tym, że gdy dzienna zmiana idzie do domu – w przedszkolu pojawia się zmiana nocna. Dzieci jedzą kolację, personel czyta bajki na dobranoc, czuwa nad maluchami, gdy położą się spać. Przedszkole nie jest tanie i nie każdy rodzic znajdzie tu miejsce dla swojego dziecka: liczba miejsc jest ograniczona. To luksus dla bogatych i zmanierowanych rodziców czy konieczność dla tych, którzy np. pracują na nocną zmianę? Zdaje się, że zdania w tej kwestii mamy różne. Ona psycholog, ja nauczyciel.

- Oddać dziecko na noc? Chyba świat oszalał. Niedługo będzie tak, że zaraz po urodzeniu dziecka będzie je można odstawić na wychowanie do instytucji. Przerażające… – stwierdza moja przyjaciółka i zamyśla się nad kolejnym łykiem kawy.

- Ale co złego jest w tym pomyśle? – pytam. – Przecież jeżeli nie chcesz zostawić dziecka w takim miejscu to nie musisz. Nie ma nakazu. Możesz wynająć opiekunkę, która zaopiekuje się małym w domu, możesz zostawić go z babcią, z sąsiadką, z koleżanką… No i oczywiście zawsze możesz po prostu zmienić swoje życiowe plany i sama zostać z dzieckiem. Albo zabrać je ze sobą – celowo ironizuję, żeby podkręcić dyskusję.

- Gdzie zabrać? Na nocną zmianę na przykład? Albo do teatru? Albo na imprezę? Niech sobie małe popatrzy jak dorośli piją winko, palą papieroski i opowiadają grube dowcipy? No proszę cię… Babcię też nie każdy ma. Moja teściowa na przykład nie bardzo kwapi się do roli super-niani. A mama mieszka w prostej linii trzysta kilometrów od nas. Sąsiadka odpada, koleżanka też.

- No to masz odpowiedź – mówię.

- Że hyc, hyc i podrzucam paczkę na przechowanie do przedszkola?

- No masz jeszcze opcję „opiekunka” – ciągnę wątek.

- Tylko wiesz co, jakbym już miała do wyboru na szybko: panią z ogłoszenia w gazecie, albo przedszkole to… już chyba jednak wybieram przedszkole. Bo przynajmniej będę mieć pewność, że zostawię dziecko pod opieką fachowców. A z nianiami to wiadomo, że różnie bywa.

- No właśnie. Jeśli sytuacja ma miejsce sporadycznie i dzieciak jest w przedszkolu nie dłużej, niż do wieczora to chyba nic złego. Ale zostawiać dziecko na całą noc? W obcym miejscu? Nie wiem, ale wydaje mi się, że to jednak zły pomysł.

- Słuchaj, małe dziecko czyli takie do siedmiu lat, nie rozumie pojęcia czasu. Nie wytłumaczysz mu, że teraz mamusia musi iść do pracy, ale rano przyjdzie po niego do przedszkola i zabierze go do domku. Wiesz jak malec odczuje pozostawienie na noc w obcym miejscu i z obcymi ludźmi? Że mamusia z tatusiem go porzucili. Tak, tak będzie… – rzuca moja przyjaciółka i świdruje mnie wzrokiem tak, jakbym to ja za chwilę miała podrzucić w koszyczku moje dziecko na przechowanie.

- Ale mówisz teraz, jak pani psycholog. A przecież czasem po prostu nie ma wyjścia – próbuję wtrącić, ale to chyba na nic.

- Kilka godzin w przedszkolu? Okej. Oczywiście bez nadużywania. Maluch ma kontakt z rówieśnikami, rozwija umiejętności społeczne, uczy się nowych rzeczy. Ale cała noc? To niedopuszczalne. Takie coś zaburza więzi dziecka z rodzicami. Może wywołać problemy emocjonalne. Nawet bardzo głębokie i bardzo trwałe…

- No dobrze, ale jeśli to nie jest chimera tylko po prostu nie masz wyjścia? Bo idziesz do pracy na dwudziestą pierwszą, a wracasz o szóstej rano następnego dnia? A tak się składa, że jesteś samotną matką. I co wtedy? – pytam ostatecznie.

Rozmowę przerwało gwizdanie buchającego parą czajnika. Zalałam kolejną herbatę. Potem kolejną i jeszcze jedną. Tego wieczora jeszcze długo dyskutowałyśmy. Właściwie nie doszłyśmy do jednego, spójnego wniosku. Bo skoro tego typu placówki powstają i cieszą się zainteresowaniem – znaczy, że taki jest wymóg naszych czasów. Czy jednak otwarte do godziny 22.00 żłobki i całodobowe przedszkola naprawdę są potrzebne? Ich działalność przynosi więcej szkody czy pożytku?

 

Co sądzicie?

 

 

5 responses so far