Archive for August, 2009

Aug 20 2009

NIECH MOC BĘDZIE Z TOBĄ… I TWOIMI DZIEĆMI

Published by Apple under Venetta

Gwiezdne Wojny

 

Co robi tato, kiedy dzieci nudzą się w wakacyjne popołudnie? Oczywiście idzie do wypożyczalni DVD i przynosi do domu film. Im dłuższy, tym lepszy. I najlepiej jeszcze taki, żeby sam mógł zalec na kanapie i emocjonować się akcją…

 

Hej, matki i żony – znacie to, prawda? Jasne, że tak. Jeśli nie z autopsji to na pewno potraficie wyobrazić sobie taki właśnie obrazek jak ten, który zainspirował mnie do dzisiejszego wpisu.

Otóż właśnie wczoraj był ten dzień, kiedy moje dzieci zwróciły się nie do mnie, ale do taty w te oto słowa:

- Tatuuuuusiu, poczytaj nam, albo może obejrzymy razem jakiś film? No i zaczęło się. O czytaniu mowy nie było, bo upał, zmęczenie i takie tam. Najprościej zatem (i najszybciej) zejść do osiedlowej wypożyczalni i za kilka złotych zamienić duży pokój w salę kinową. Co zainteresowałoby na półce z filmami każdą odpowiedzialną mamę? Familijna „Świnka Babe”, „Dzieci z Bullerbyn”, może „Niedźwiadek”… Na pewno jednak coś pouczającego i ze światłym przekazem, że dobro zawsze zwycięża. Co z wypożyczalni przynoszą do domu mężowie-tatusiowie? Sześciopak trzech części „Star Wars”…

Nie minęła chwila, jak Lord Vader chrypił z ekranu naszego telewizora:

- May the Force be with you!

Dzieci rozparły się wygodnie w swoich fotelach i – ku mojemu przerażeniu – z każdą kolejną sceną coraz bardziej zatapiały się w kosmiczną sagę. Bawiły się świetnie, kiedy na ekranie pojawiali się sklonowani mordercy w nieskazitelnie białych uniformach, flota Imperium atakowała jasną stronę mocy, księżniczka Leia wyłaniała się w snopach iskier ze swojego statku, Luke Skywalker odlatywał do walki z pierwszą Gwiazdą Śmierci, a Lord Vader niemiłosiernie charczał rozsiewając zło w czystej postaci. Oczywiście najlepiej bawił się najstarszy chłopiec: tato. Kino familijne i kreskówki w starciu z George’em Lucasem nie miały szans. Żeby nie patrzeć na tę jatkę, wyszłam z domu. Kiedy wróciłam, było już po wszystkim. A przy stole w kuchni, nad talerzami z kolacją toczyła się pełna emocji dyskusja:

- Tato, a czemu ten Lord Vader to najpierw jest dobry, potem zły, a potem znowu dobry?

- Bo gdyby był przez cały czas dobry to nie byłoby takiego fajnego filmu. A poza tym zauważcie, że dobro walczyło w nim ze złem i w końcu jednak odniosło zwycięstwo.

- Ale skoro dobro i tak zwycięża to po co jest zło? – dwie pary okrągłych oczu wbiły się w twarz taty, który musiał teraz wygenerować odpowiedź na miarę salomonowego rozstrzygnięcia.

- Hmm… no jest tak, że dobro nie zawsze zwycięża – i tu nastąpiła pełna napięcia chwila milczenia, w której dało się wyczuć powagę sytuacji, ale i pełne zjednoczenie dyskutantów. – Bo chodzi o to, że gdyby zło w ogóle nie istniało to skąd ludzie mieliby wiedzieć co jest dobre, a co złe. No, bo przecież nie byłoby porównania, prawda? I poza tym, jakby nie było Vadera to Skywalker nie miałby z kim walczyć – dodał mój mąż, a ja ze zdumienia zastrzygłam przyklejonymi do szpary w drzwiach uszami…

Dzieciaki ze zrozumieniem pokiwały głowami. Wszystko stało się jasne. Wepchnęły do buzi resztę kanapek i popijając kakao zdecydowanie orzekły, że jednak bardziej podoba im się jasna strona mocy. I co Wy na to? Bo ja od wczoraj mam wrażenie, że moja biegłość w psychologii dziecięcej niewiele znaczy, poza tym pochodzę chyba z sąsiedniej galaktyki. I aż boję się myśleć, jaka moc ją zamieszkuje ;)

 

One response so far

Aug 11 2009

SEA WOLVES

Published by Apple under Kacper

piraci

 

Kiedy byłem małym chłopcem, marzyłem o dalekich wyprawach za siedem mórz. Oczywiście chciałem zostać dzielnym marynarzem, majtkiem, kapitanem, piratem – mój plan zmieniał się w zależności od czytanej w danej chwili książki. Czasy się zmieniają, ale dziecięce marzenia nie. Różnica jest taka, że teraz dużo łatwiej je spełnić.

 

Piszę do Was z nadbałtyckiej plaży: z głową w słońcu i nogami omiatanymi chłodną, morską falą. Z urlopowej perspektywy, od tygodnia obserwuję i wciąż nie mogę wyjść z podziwu, jak szybko można zrujnować domowy budżet na realizację dziecięcych fantazji.

Pomijam pochłaniane tonami lody, gofry i frytki. Nie biorę pod uwagę maskotek, pistolecików na wodę, breloczków w kształcie muszelek i szklanych (czyli plastikowych) kul z „prawdziwą” morską fauną i florą pływającą w środku. Dziś moja ukochana córka zażyczyła sobie… wycieczki najprawdziwszym statkiem (tak, jak na filmie „Piraci z Karaibów”). Chłopcy też podchwycili pomysł. – Trudno – pomyślałem. I kupiłem cztery bilety na wycieczkową, piracką łajbę. Jednak coś za coś. I tak powstała idea nauki piosenki o „wilkach morskich”. Oczywiście po angielsku. Okazało się, że dzieciaki w kilka chwil złapały tekst i melodię. No i tu taka moja wakacyjna rada dla wszystkich rodziców: spełniając marzenia, nie zapomnijcie wynegocjować za nie dobrej ceny (nauki oczywiście, nauki :-) )

 

 

My Bonnie is over the ocean,

my Bonie is over the sea,

my Bonnie is over the ocean,

oh, bring back my Bonnie to me.

(refren)

Bring back, bring back,

oh bring back my Bonnie to me, to me} bis

Oh, blow ye winds over the ocean,

oh, blow ye winds over the sea,

oh, blow ye winds the ocean,

and bring back my Bonnie to me.

(refren)

Bring back, bring back…

 

3 responses so far

Aug 04 2009

ENGLISHMAN IN NEW YORK

Published by Apple under znalezione

i-love-uk3

Angielski to dziwny język. Wydaje się być prosty, a jednak…    To niebezpieczne pole, gdzie na każdym kroku natknąć można się na minę słowa, które – byle mała zmiana akcentu, a już oznacza co innego. Naszpikowany sztuczną ortografią i nieustannie powiększającym się zasobem słów. Do tego posiadający całe mnóstwo idiomów i dziwnych różnic geograficznych. Ot, jak choćby między American English a British English.

 

Linie Lotnicze British Airways konsekwentnie stosują się do zasady, że narody amerykański i brytyjski dzieli… język. Z inicjatywy BA, w różnych miejscach Nowego Jorku rozwieszone zostały tablice reklamowe wyjaśniające typowo brytyjskie zwroty i wyrażenia pochodzące z londyńskiego slangu. Mają pomóc amerykańskim turystom planującym odwiedzić stolicę Wielkiej Brytanii. Pomysł został entuzjastycznie przyjęty. Turystom przyda się wiedzieć, że „a monkey” to 500 funtów, „a pony” to 25 funtów. Banknot 10-funtowy to „a tenner”, albo „Paul McKenna”, zaś 5 funtów to „fiver” albo „Lady Godiva”. „Bobby Moore” to inaczej „a score” czyli… banknot 20-funtowy, podczas gdy „shrapnell” to drobne monety. 1000 funtów to „a grand” albo ,,a gorilla” czyli dwa razy „a monkey”.

W barach na Manhattanie BA umieściły specjalne podstawki do piwa, na których zapisane są kolejne językowe wskazówki. I tak na przykład „bonkers” to „szalony”, „sacked” to „wyrzucony z pracy”, a czuć się „Hank Marvin” oznacza „głodny”. Na Postawkach znalazły się słówka takie jak „chav” czy „hoodie” – slangowe określenia prostaka obwieszonego złotymi łańcuchami, wypachnionego perfumami Burberry, ubranego w bluzę z kapturem, białe trampki i dresy Kappa. Wyrażenie „bingo wings” to określenie na połacie zwiotczałej skóry, która trzepoce, kiedy ktoś podnosi ramiona w górę krzycząc: „Bingo, wygrałem(am)!” Tego wyrażenia nie należy jednak mylić z określeniem „bouncebackability” oznaczającym „zdolność regeneracji sił” ukutym przez menedżera londyńskiego klubu piłkarskiego, którego drużyna takowej nie posiadała i została przeniesiona do niższej ligi.

Londyńczycy uczą nowojorczyków, że „Chelsea traktor” to dwuśladowy pojazd, często pojawiający się na boiskach szkolnych w zachodnim Londynie. A „goal-digger” to kobieta odwiedzająca bary fanów futbolu w nadziei, że zostanie „żoną piłkarza”. A w barach takich napić można się „trapagne” czyli taniego, gazowanego trunku o wysokiej zawartości alkoholu. Przed pubami odchodzi niezły „shirting” czyli flirtowanie przy papierosku…

Ciekawe co musiałoby pojawić się na tablicach Nowego Jorku, gdyby LOT postanowił uczyć Amerykanów wybierających się do Polski naszego, rodzimego slangu :)

 

[youtube]http://www.youtube.com/watch?v=flWP28y2cyw[/youtube]

 

No responses yet