Archive for October, 2009

Oct 31 2009

TRICK OR TREATING

Published by Apple under Venetta

HappyHalloween

 

„Cukierek, albo psikus!” usłyszałam w domofonie piskliwy, dziecięcy głosik ze zgranym chichotem w tle. Cukierek? A może jednak psikus? „Co wybrać, co wybrać?” – myślałam gorączkowo i bezwiednie nacisnęłam przycisk otwierający drzwi… 

Halloween to kolejne po Walentynkach amerykańskie święto, które na dobre zadomowiło się w polskim kalendarzu. To straszne święto obchodzono już 2000 lat temu. Według wierzeń celtyckich, dusze zmarłych wracały w następnym roku na ziemię, by wejść w ciała żywych. Aby temu zapobiec, 31 października konstruowano przeróżne, straszne maski i przebrania, mające imitować demony i upiory. Przebierańcy tańczyli wokół rozpalonych ognisk, robiąc dużo hałasu. W ten sposób chciano odpędzić duchy jak najdalej od ludzkich siedzib. W XIX wieku święto przywędrowało wraz z irlandzkimi emigrantami do Ameryki. Przekazywane z pokolenia na pokolenie, ulegało różnym modyfikacjom i metamorfozom.  Współcześni miłośnicy Halloween, podobnie jak starożytni Celtowie, przebierają się za duchy, potwory i czarownice. Tej nocy przebrane dzieci chodzą grupami od domu do domu, pukają do drzwi i domagają się słodyczy – jeśli ich nie otrzymają, straszą gospodarzy. Obyczaj ten, zwany “trick or treat” (sztuczka albo poczęstunek), wywodzi się z czasów wczesnego średniowiecza. Ówcześni chrześcijanie podczas uroczystości Wszystkich Świętych, chodzili z wioski do wioski, żebrząc o “ciasto dla duszy”, czyli chleb z rodzynkami. Ofiarodawcom obiecywali modlitwy za dusze bliskich zmarłych. W USA jest także tradycją, że tego dnia urządzane są barwne pochody przez ulice miast. Najsłynniejsza halloweenowa parada organizowana jest co roku w Greenwich Village na nowojorskim Manhattanie. Do nas jednak zwyczaj ten jeszcze nie dotarł. Za to swojski „Cukierek, albo psikus” – tak. Trick-or-treating to doskonała zabawa i sposób na darmowe słodycze. W przypadku odmowy dokarmienia dzieciaków można spodziewać się w odwecie psikusa lub jakiejś drobnej, acz uciążliwej niespodzianki. Nie bardzo wiem, co mogłoby to być, bo oczywiście mój wybór był jedyny słuszny: cukierek! A dokładniej to czekolada, garść krówek, batonik i paczka żelków. Wyczyściłam lodówkę i przynajmniej pozbyłam się kuszących kalorii. Głosy na temat Halloween są podzielone. Jednym ten zwyczaj bardzo przypadł do gustu i traktują go jako kolejną okazję do dobrej zabawy, innym z kolei – zupełnie się nie podoba. Na szczęście mamy wolność i każdy może robić, co uważa za słuszne. W mojej szkole już na tydzień przed Halloween organizowane są różne konkursy, dzieciaki przychodzą na zajęcia przebrane, wycinamy dynie i dekorujemy klasy. Zresztą w domu też mamy z halloweenowych zwyczajów niezłą uciechę, a domowej roboty zupa z dyni jest nie tylko pyszna, ale i zdrowa. I tak sobie myślę, dlaczego by nie? Może warto w ten sposób, choć na jeden dzień w roku powrócić do czasów radosnego dzieciństwa? Kto z was pamięta, gdy sami jako dzieci pielgrzymowaliście ze świątecznym Turoniem po okolicznych domach? A niejeden, kto tego nie robił – do dziś żałuje straconej zabawy. Zatem… Happy Halloween, Kochani!

 

Źródło i więcej informacji o Halloween znajdziecie na: www.halloween.wp.pl

 

No responses yet

Oct 20 2009

SATYRA W KRÓTKICH MAJTECZKACH

Published by Apple under humor

Dziś – dla oddechu od ciężkich tematów językowych – kolejna garść zabawnych historyjek z życia wziętych. Także i tym razem sięgniemy po jakże lubiany i znany niegdyś tygodnik „Kobieta i Życie”. Nie wiem jak Wy, ale ja zawsze zaczynałam lekturę tego magazynu od ostatniej strony. Przypadkiem trafiłam właśnie w Sieci na blog www.remanent.blogspot.com. Autor publikuje tam autentyczne wycinki z rubryki “Satyra w krótkich majteczkach” z KiŻ Anno Domini 1959! Tamtejsze maluchy mają już dziś wnuki :)  

 

satyra w krótkich majteczkach

satyra 3

Satyra 2

 

Więcej zobaczyć możecie tu: http://remanent.blogspot.com/2009/06/satyra-w-krotkich-majteczkach-kobieta-i.html

No responses yet

Oct 13 2009

POPRZECZKA ZA WYSOKO

Published by Apple under Venetta

S_DSC_9259

 

Przez kilkanaście lat swojej zawodowej praktyki, wiele razy miałam do czynienia z rodzicami mającymi zbyt wysokie oczekiwania. Ich wygórowane ambicje dotyczyły dzieci,  nauczycieli, zajęć i w ogóle wszystkiego. Spodziewali się, że maluch najlepiej już po pierwszym kursie nie tylko doskonale opanuje słownictwo, ale też będzie mówić po angielsku z doskonałym, brytyjskim akcentem.

 

Od samego początku uświadamiam rodzicom, że dzieci – bez względu na wszystko – uczą się języka tak samo: stopniowo. Wymawiają głoski w określonej kolejności. Na przykład najpierw uczą się wymawiać „b” i „m”, a dopiero potem „l” czy „j”. Wyjaśniam też niestrudzenie, że istnieje pewien schemat, według którego dzieci uczą się dźwięków. Jest związany z wiekiem dzieci oraz ich zdolnością do szybkiego i precyzyjnego poruszania mięśniami narządów mowy. Maluchy cały czas osłuchują się z językiem i „dostrajają” do jego brzmienia. Mimo nawet niezwykle wysoko powieszonej poprzeczki, pewnych procesów nie da się „przeskoczyć”: potrzeba od paru miesięcy do kilku lat, zanim normalnie rozwijające się dziecko przyswoi sobie odpowiedni zasób słownictwa i nauczy się wymawiać prawidłowo głoski.

Naturalną rzeczą jest również, że dzieci dla których angielski jest drugim językiem, muszą dłużej uczyć się wymawiania głosek, niż rodzimi użytkownicy tego języka. Takie dzieci nie mają wieloletniego doświadczenia w słuchaniu i wymawianiu dźwięków. Sześcio- i siedmiolatki nie będą popełniać takich samych błędów jak trzylatki, ale naturalnym zjawiskiem będzie u nich niewłaściwe wymawianie „r” oraz obu wariantów głoski „th”. To normalne i nie ma się tym co przejmować. Większość rodzimych użytkowników języka angielskiego zaczyna poprawnie wymawiać głoskę „r” w wieku pięciu lat, a oba warianty głoski „th” w wieku sześciu lub siedmiu lat. Niewątpliwie każde dziecko rozwija się inaczej i istnieje pewien przedział czasowy uważany za normę.

Niestety nader często spotykam się z roszczeniową postawą rodziców, którzy wyznają zasadę: płacę za kurs, więc wymagam szybkich efektów. Czyli „oczekuję, że moje dziecko po waszym kursie płynnie opanuje język angielski w mowie i piśmie”. No niestety, każde dziecko rozwija się w swoim własnym tempie i ma różne predyspozycje. Nie ma chyba na świecie nauczyciela, który dałby komukolwiek gwarancję, że postępy Jasia X będą takie, jak opisane w podręczniku metodycznym. Rodzice często patrzą na postępy edukacyjne innych dzieci, przyrównując do nich postępy własnych. Pół biedy, jeśli dziecko przeambicjonowanego rodzica jest wyżej. Kłopot zaczyna się wówczas, gdy maluch do umiejętności rówieśnika nie przystaje. Najczęściej rodzice upatrują wówczas problemu we własnym dziecku, szukając porad u rozmaitych specjalistów: psychologa dziecięcego, logopedy, pedagoga… Zupełnie bez sensu. Wiecie co myślę w takich przypadkach? Że to jednak nie dziecko, ale rodzice mają problem. I to nie maluch, ale dorosły powinien skorzystać z porady odpowiedniego fachowca…

 

No responses yet

Next »