Archive for October, 2009

Oct 08 2009

MEETING Z ANGLIKIEM

Published by Apple under Kacper

united-kingdom-lg

 

Największym szokiem dla wszystkich uczących się języka angielskiego jest pierwsze zetknięcie z ludźmi, dla których ten język jest naturalny. Zupełnie inaczej rozmawia się z każdym innym obcokrajowcem. Dla Szweda, Hiszpana czy Węgra – język Wyspiarzy – nawet opanowany w najlepszym stylu będzie zawsze językiem drugiego wyboru i łatwiej będzie się rozmawiać i tolerować pewne pomyłki, albo słabszą wymowę. Jednak co zrobić w sytuacji, kiedy następuje „ten pierwszy raz” – czyli pierwsza rozmowa z prawdziwym Anglikiem? 

 

Przede wszystkim, co powtarzamy tutaj wielokrotnie, sposobem jest wychowywanie dwujęzycznych dzieci. Nauka rozpoczęta bardzo wcześniej pozwoli traktować język jako naturalną część życiowej edukacji i rozwoju. Możemy być pewni, że dziecko uczące się języka obcego w sposób lekki i nieinwazyjny – nie będzie przeżywać stresu związanego z nauką i kontaktem z „żywym językiem”. Drugim ważnym elementem, który stanowi fundament efektywnej nauki jest kontakt z native speakerami – czyli nauczycielami, dla których angielski jest rodzimym językiem. Oczywiście co kraj, co region –angielski będzie nieco inny. Szybko zauważamy, jak bardzo różni się angielski Amerykanina z USA od tego samego języka obowiązującego w Australii, w kantonach Kanady, że nie wspomnę o ulicach Wielkiej Brytanii, a  nawet samego Londynu. To angielskie miasto jest prawdziwym labiryntem językowym. Wytrawny londyńczyk pozna po akcencie i sposobie doboru słów, z której części miasta kto pochodzi. Dla nas brzmi to często abstrakcyjnie, ale… to prawda.

Aby zacząć operować angielskim w sposób swobodny, niezbędna jest cierpliwość i uczącego się, i rozmówcy. Nie należy zrażać się, że na początku nie rozumiemy rodowitego Anglika, który kiwa głową zirytowany nasza dziwną wymową. Grunt to próbować do skutku i dobrze przysłuchiwać się, w jaki sposób „native” mówi. Dobrze pamiętam swój własny horror, kiedy po raz pierwszy pojechałem na stypendium do Wielkiej Brytanii. Nie dość, że nie wierzyłem w swoje moce językowe to jeszcze trafiłam do Edynburga (ach, ta Szkocja!), do internatu, w którym nie było żadnych obcokrajowców. Największy koszmar zaczął się w nocy. Otóż Wyspiarze, którzy mają nieco inne podejście do ogrzewania i ciepła w pomieszczeniach, niespecjalnie przejmowali się temperaturą panującą w naszych studenckich pokojach. Dla mnie – zanim zahartowałem się – był to szok. Nie mogłem z zimna zasnąć, więc wstałem i zszedłem do portierni, żeby poprosić o dodatkowy koc. I kiedy wypowiedziałam – zdaje się prostą formułę: Can I get blanket? Recepcjonista z nocnej zmiany, najpierw coś zagulgotał ostro, a potem wręczył mi do wypełnienia blankiet meldunkowy dla studenta (blankiet w języku angielskim to blank). Nie potrafiliśmy się dogadać. Nie rozumiałem dziwnego szkockiego akcentu, a on mojego angielskiego :-) W końcu wziąłem płaszcz i położyłem się na podłodze, pokazując o co mi chodzi. Koc się znalazł :-) . Potem wielokrotnie z tymże recepcjonistą naśmiewaliśmy się z całej przygody. Tak więc: nie przejmujcie się. Liczą się chęci i odwaga. I uczcie angielskiego dzieci, bo one nie mają tylu kompleksów i strachów co dorośli…

 

 

No responses yet

Oct 02 2009

PIZZA, FRYTKI, HOT-DOG… JESIENNE ROZWAŻANIA NA PUSTYM BRZUCHU :)

Published by Apple under Kacper

16831

 

Zawsze uważałem, że Nagrodę Nobla powinno przyznawać się również w kategorii: kulinarne osiągnięcia ludzkości. Bo dlaczego nie? Przecież jedzenie, związana z nim oprawa i tradycja to kawał historii. Ba, a jakież wyzwanie dla nauczyciela angielskiego! Jedna z podstawowych lekcji to przyswajanie nazw produktów i potraw oraz komunikacja w restauracji. Trzy elementarne problemy, z jakimi musimy zmierzyć się w obcym kraju to: po pierwsze „Jak dojść do…”, po drugie „Gdzie znajduje się toaleta”, po trzecie i najważniejsze: „Proszę frytki, pizzę, piwo, kawę i ciasteczko…”

 

Jesienią zawsze wracam do pizzy. Trochę jak niedźwiedź przed długim, zimowym snem – czuję potrzebę uzupełnienia energetycznych deficytów. Zresztą pizza to nader ciekawe zjawisko. Nikt nie przypuszczał, że tradycyjne danie biedniejszej części społeczeństwa dawnych Włoch zawojuje cały świat. Podejrzewam, że nawet nie ma już obiekcji na królewskich dworach, by czasem przekąsić kawałek pysznej, ociekającej roztopionym serem pizzy…

Ochota na pizzę natchnęła mnie do poruszenia kwestii związanych z nauką języka angielskiego. Podczas ostatnich zajęć dyskutowaliśmy sobie z dzieciakami na temat nazewnictwa i etymologii potraw. Okazało się, że jednym z największych przesądów, jakie towarzyszą w początkowej fazie edukacji kulinarnej jest… pochodzenie frytek i pizzy właśnie. Oczywiście wszyscy kojarzą te dania z tradycją amerykańską. „Ech, wszystkiemu winna popkultura” – pomyślałem… No cóż, trudno wyobrazić sobie dziś amerykańską rzeczywistość bez widoku nastolatków z frytkami czy bez pizzerii (zresztą czy jakąkolwiek inną można sobie wyobrazić? ;) . O kwestiach zdrowotnych i dietetycznych pisać tu nie będę. Każdy wie, że nadużywanie jadła generalnie nie prowadzi do niczego dobrego, ale wiadomo: wszystko jest dla ludzi. Tyle, że podstawą jest umiar. I przy tym pozostańmy. Wróćmy raczej do kwestii widzenia pizzy przez pryzmat etymologii (czyli wiedzy o pochodzeniu wyrazów). Słowo „pizza” jest wyrazem rdzennie włoskim, nie angielskim. Potrawa pochodzi z Neapolu, choć istnieją dowody, że pierwsze placki podobne do pizzy serwowali już starożytni Grecy. Cóż, człowiek od zawsze wiedział co dobre :-) . „Margherita” była wyrazem hołdu dla włoskiej królowej Małgorzaty Sabaudzkiej, która pod koniec XIX wieku odwiedziła Neapol. To właśnie na jej cześć sporządzono pizzę, a nazwa wzięła się od imienia władczyni.

Inaczej sprawa ma się z frytkami. Oryginalna ich nazwa to „chips”, ale też przede wszystkim „french chips” – czyli… francuskie. Czego to dowodzi? Że frytki również wcale nie pochodzą z Ameryki. Otóż potrawa narodziła się w Belgii, a dokładniej we francuskojęzycznej części kraju. Po francusku frytki zwą się pommes de terre frites.

– No, ale już „hot dog” to na pewno jest amerykański! – stwierdziły moje dzieciaki.

W końcu to typowo amerykańskie danie w stylu fast food. No niestety. Chociaż w przypadku bułki z gorącą parówką sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Otóż cała historia zaczęła się w Niemczech, a dokładnie we Frankfurcie nad Menem. To właśnie tam, w XV wieku powstały parówki. I to właśnie wraz z niemiecką emigracją, danie przywędrowało do USA, gdzie zostało spopularyzowane i urosło do rangi narodowej potrawy. Pan Hot dog ma nawet swój wierszyk:

 

ECHOES FROM THE LUNCH WAGON

 

‘Tis dogs’ delight to bark and bite,
Thus does the adage run.
But I delight to bite the dog
When placed inside a bun.

 

 

Co tłumaczymy tak:

 

ODGŁOSY Z WAGONU ŚNIADANIOWEGO

 

Rzeczą psa jest gryźć i szczekać,
dlatego zwykł człek uciekać.
Lecz ja lubię ugryźć psa,
gdy go wewnątrz bułki mam.

 

 

Jak widzicie, historia kuchni i migracje potraw to temat rzeka, na niejedną lekcję języka angielskiego. Nie wiem jak Wy, ale ja – przez to pisanie o jedzeniu – poczułem się właśnie strasznie głodny. Aż słyszę, jak burczy mi w brzuchu. Na pohybel zdrowej diecie i kaloriom! Dzwonię do pizzerii :-)

 

No responses yet

« Prev