
Rodzice wybierają system wychowanie, który wydaje im się słuszny i odpowiedni lub zapamiętany ze swego rodzinnego domu. Jedni są zwolennikami twardej ręki i wychowują w oparciu o dyscyplinę, inni pozostawiają dzieciom pełną swobodę. Który sposób jest lepszy?
Jestem nie tylko matką, ale też nauczycielem i pedagogiem. Na zajęciach z metodyki (bodaj na czwartym roku studiów) wpajano nam, że najskuteczniejszą metodą wobec dzieci jest perswazja i traktowanie ich „po dorosłemu”. Krzykiem i klapsami, nie mówiąc już o bardziej drastycznych posunięciach, nic nie osiągniemy. To oczywiście prawda i każdy specjalista – ze słynną „Super Nianią” na czele – podpisze się pod tą teorią obiema rękami. Co prawda, doświadczenie rodzica nauczyło mnie, że życie zawsze dopisze swój własny scenariusz
Pamiętam rozliczne historie, kiedy moja starsza córka miała niespełna cztery lata (a była jeszcze wtedy jedynaczką i naszym szczególnej troski oczkiem w głowie…) dostawała ataków szału i histerii w najmniej oczekiwanych przez nas momentach. Któregoś razu wybraliśmy się na rodzinną, niedzielną wycieczkę do położonego nieopodal miasta zamku. Był ciepły, majowy dzień. Przechadzaliśmy się zamkowymi krużgankami, z zaciekawieniem słuchając opowieści snutych przez przewodnika. Mijały nas rozliczne grupy turystów: Anglicy, Niemcy, Francuzi… Starsi, młodsi, rodziny z większymi, ale też i całkiem małymi dziećmi. Zewsząd słychać było, niczym w wieży Babel, wszystkie języki świata. I naraz, w ciszy zamkowych komnat, rozległo się przeciągłe wycie naszej „księżniczki”. Mała oznajmiła, że CHCE wracać do domu. Już, i basta. Próby uciszenia spełzły na niczym, a nawet przyniosły efekt odwrotny od zamierzonego. Mama dała batonik. Tatuś pobiegł po loda. Ciocia nosiła na rękach i ocierała łzy. Babcia gładziła po główce i prawie sama płacząc użalała się nad „biedną dziecinką”. Za to pan przewodnik, reszta naszej grupy i wszyscy zwiedzający wokół patrzyli na nas z coraz większą nienawiścią. Mały aniołek wył w niebogłosy. Ostatecznie położył się na zamkowej posadzce i – waląc w nią nóżkami – odmówił jakiejkolwiek współpracy. Przypadkowa, starsza pani mijając całe widowisko warknęła ze złością: – Boże, co za rozwydrzony bachor! To był ten moment, kiedy zastanawiałam się, komu bardziej mam ochotę dać klapsa, małej czy starszej pani?
Historia skończyła się tak, że – nie mogąc zapanować nad emocjami własnego dziecka i turystami, którzy ze zrozumiałych względów mieli ochotę wszystkich nas zlinczować – opuściliśmy zamek i niedzielna wycieczka dobiegła końca. Ostatecznie mała postawiła więc na swoim.
Czy to jest ten „bezkonfliktowy” system wychowania? W teorii wszystko jest proste. Podręczniki uczą, że dzięki ustępstwom na rzecz dziecka omija się wzajemne nieporozumienia, oszczędza przykrości zarówno rodzicom, jak i dziecku. Ale czy dziecko, któremu na wszystko się pozwala, jest przygotowane do życia w grupie? Taką grupę w pierwszym okresie jego życia stanowią najpierw rodzice i najbliżsi członkowie rodziny, później grono rówieśników, szkoła, wreszcie całe społeczeństwo. Z drugiej strony nie wyobrażam sobie, że mogłabym stosować wobec dzieci – nieważne czy własnych, czy powierzonych mi pod opiekę – system cielesnych kar (a sama wyrosłam z pokolenia dzieciaków, które dobrze wiedzą co znaczy tzw. dyscyplina wisząca w przedpokoju – ku przestrodze i które przerobiły system „linijką po łapach” za złe zachowanie w klasie).
Złoty środek to niewątpliwie połączenie swobody z nauką odpowiedzialności i panujących w życiu zasad. Lepiej, gdy dziecko powoli wdrażane jest w obowiązki i uczone, że w prawdziwym świecie nie jest tak, że wszystko obraca się wokół „małej księżniczki”… Warto zaufać dziecku i oddawać mu jak najwięcej obowiązków. Począwszy od najprostszych: składania zabawek, odnoszenia do kosza z praniem brudnych ubranek, po zrozumienie i używanie słów „przepraszam”, „proszę” i „dziękuję”, aż do pomagania mamie w kuchni czy tacie w drobnych, domowych czynnościach. Wierzcie mi, a wiem to po wielu latach własnych doświadczeń: pomoże to dziecku w wejściu nie tylko w okres szkolny i odnalezienie się wśród rówieśników, ale też w podołaniu wielu niby-prostym funkcjom, które jednak warunkują całe jego późniejsze życie. Sami sobie oszczędzimy dzięki temu wielu rozlicznych dylematów i zupełnie niepotrzebnych emocji J
Hmm , sam nie wiem – nie ma złotej zasady – wychowywać „bezstresowo“ czy „ wpajać pruski dryl“ obie metody mają swoje plusy i minusy. Pamiętam co moi rodzice mieli ze mną jak byłem małym chłopcem jak i później kiedy już uważałem siebie za dorosłego. Przypominam sobie mojego starszego syna kiedy miał cztery lata jak i teraz kiedy już zaczyna się golić.
Obiecałem sobie kiedyś , że nie popełnię błędów swoich rodziców. Łatwo to powiedzieć ale trudniej zrobić. Każdy z nas rodziców miał lub będzie miał podobne zdarzenie takie jak opisałaś. Ja również miałem.
Mój syn miał w tedy 4 lata , był to pierwszy dzień naszego pobytu w Hajduszoboszlo. Idąc główną ulicą do kąpieliska młody miał już muchy w nosie , na widok pierwszej napotkanej budki telefonicznej nastąpił wybuch histerii , nie wiedząc co jest powodem próbowaliśmy młodego uspokoić – bez powodzenia, mijający przechodnie spoglądali na nas ze współczuciem inni z ironicznymi uśmiechami i komentarzami. Wziąłem syna na ręce i próbowałem go uspokoić , tuliłem , obiecywałem cuda aby przestał płakać i powiedział co się stało . Kiedy wreszcie powiedział że chce rozmawiać przez telefon z babcią, powiedziałem : ok , pójdziemy rozmienić forinty i zadzwonimy do babci. Nastała cisza. Weszliśmy do pierwszego sklepu aby rozmienić forinty co okazało się nierealne i tu nastąpił kolejny wybuch płaczu , który wpłynął od razu na ekspedientkę – znalazła momentalnie 5 monet po 20 forint , których wcześniej nie miała – poszliśmy zadzwonić. Od tego czasu nosiłem w portfelu po kilka monet aby uniknąć podobnej sytuacji.- jednak do końca pobytu już nie było konieczności dzwonienia do babci J . Ciężko jest uspokoić dziecko, które wpadnie w histerię , jedni twierdzą że trzeba je zostawić aby się wypłakało inni że należy uspokoić i wytłumaczyć. Jedno i drugie rozwiązanie nie skutkuje od razu.
Według mnie z dzieckiem trzeba rozmawiać , pokazywać dobre i złe jego postępowania. Karami nic się nie wskóra , nagrodami też, wręcz przeciwnie sami sobie wykopiemy przysłowiowy “grób”. Lekarstwo jest po środku lecz każdy z nas musi je sam znaleźć.