Tag Archive 'Nauka angielskiego'

Jan 19 2010

FERIE, FERIE… LENISTWO CZY PRACA?

Published by Apple under Kacper

 

− Nie ruszę książek przez dwa tygodnie! − zapowiedział butnie najstarszy z całej gromadki. Ma rację. Wolne to wolne, czas laby i basta. Jego siostra uczyniła podobne postanowienie, ale zrobiła to o wiele bardziej dyplomatycznie (jak to kobieta…). Oświadczyła, że podczas ferii będzie zajmować się porządkowaniem swojego pokoju: szaf i korespondencji. Najmłodsi tylko się rozglądali, rozpytując czy to prawda, że będą mogli jeść na śniadanie czekoladę. Bo przecież ferie to czas kiedy wszystko wolno :-)

Zaraz, zaraz – pomyślałem. Do ferii u nas jeszcze trochę. Ale może i dobrze, że temat pojawił się teraz, bo co to za dowódca, który wcześniej nie przemyśli taktyki?

Większość rodziców uważa, że dłuższe przerwy w nauce to czas zmarnowany, bo dzieci trwonią go na siedzenie przed komputerem, telewizorem, wybryki na podwórku… A przecież sukcesy w nauce, kariera i przyszłość czekają. Wolnego, powoli, trochę luzu proszę! Sam łapię się na podobnym myśleniu. Czasem, przeglądając programy nauczania, wymagania egzaminatorów, testy do gimnazjów, porównując poziomy szkół średnich i obserwując walkę o studia – wariuję. Oczywiście robię to tylko nocą i przy własnym biurku, kiedy nikt mnie nie widzi. Inaczej i dzieciaki mogłyby zwątpić w system nowoczesnej edukacji. Ale nie taki diabeł straszny. Po pierwsze – sami to przeszliśmy, więc i nasze dzieci też dadzą sobie radę. Póki co, pociechy butnie zapowiadają puszczenie nauki w trąbę na czas wolnego. Cóż, urlop potrzebny jest każdemu. A dobrze zorganizowana przerwa raczej pomoże, niż zaszkodzi edukacji. Wiedza ułoży się w głowach i nabierze właściwego smaku, a może i nawet pod koniec ferii nasze dziecko zatęskni za szkołą. Więc nie reagujmy nerwowo na widok szkolnych podręczników pokrytych kurzem, ani na chęć leżakowania w łóżku do południa.  I nawet, jak będzie nas bardzo, bardzo korcić, żeby zapytać:

− A jak tam twoje zaległości w matematyce? A ćwiczenia z gramatyki nadrobione? − ugryźmy się w język i uszczypnijmy w rękę. Dlaczego?

Niech mój przypadek będzie przykładem.

Oto właśnie po rebelianckiej zapowiedzi mojego syna, dotyczącej odstawienia książek − podkuszony przez złego chochlika (przysięgam – sam bym na to nie wpadł!) przypomniałem sobie jego ostatnią „banię” z końcowego testu z angielskiego. Całkiem spokojnie zapytałem z głupia frant czy zamierza popracować przez ferie nad angielskim i co sądzi o idei, żeby wspólnie nad tym posiedzieć.

− I wonder what you think of it? – podstępnie zwróciłem się na koniec.

Młody jedynie wzruszył ramionami i westchnął:

− To be quite truthful…  Now… I don’t care.  Now they are holidays. I nie łap mnie więcej zdaniem z pytaniem zależnym, tato!

Tak więc ferie. Niech będzie.

 

No responses yet

Jan 12 2010

ANGIELSKI W KOMÓRCE

Published by Apple under Kacper

angielski w komórce

 

Zwyczajny sygnał w nowoczesnym telefonie komórkowym u trendy użytkownika − to niedopuszczalne uchybienie. W czasach „masowej indywidualizacji” wszystko musi być wyjątkowe.

 

Dzwonki z przebojami z lat 80. – to moda, która jakiś czas temu owładnęła moje (i nieco starsze) pokolenie. Młodsi mają już zdecydowanie nowocześniejszy gust i najczęściej wybierają albo topowe numery list przebojów, albo odgłosy. Czasem bardzo dziwne, bo mocno naturalistyczne (żeby nie powiedzieć… fizjologiczne). Generalnie chodzi o to, że szanujący się posiadacz komórki − bez względu na wiek − nie może pozwolić sobie na „obciach”. Wiedzą to już dzieciaki. Technologia towarzyszy najmłodszym niemal od pieluch, więc nie ma co się oszukiwać. Jakiś czas temu do szału doprowadzały nas w szkole różne pierdafony czy bekafony. Marketingowcy wymyślą wszystko, za co ludzie (czytaj: rodzice) zapłacą. Przed świętami wszyscy jak uchem zastrzyc przełączają się na kolędy i bożonarodzeniowe szlagiery. Sam uwielbiam White Christmas, więc nie ma siły: łapię się na przedświąteczną nostalgię. Dzieciaki to samo. I dobrze, bo nauczenie się kolędy czy piosenki po angielsku to rzecz przyjemna i pożyteczna zarazem.

Ale nie koniec na tym. Wszak świat pędzi do przodu i zaskakuje nas coraz to nowymi wynalazkami. Oto przyszła mi sms-em oferta na pewną usługę. Za jedyną dychę z hakiem plus VAT mogę sobie wykupić na komórkę… słownik języka angielskiego. W wersji „full wypas” – jak mówi młodzież. Wszystkie słówka na jedno kliknięcie palcem w klawiaturę telefonu. No i dylemat. Z reguły jestem przeciwny takim „skrótom życiowym”. Jak się nie nauczysz to niewiedzy nie załatasz. Jednak usłyszałem, że w szkole dzieciaki szaleją za takim gadżetami, bo łatwo i sprawnie można sobie sms-y po angielsku wysyłać. A to teraz nie tylko modne, ale też jest przy tym sporo zabawy i śmiechu. Łatwiej napisać „sorry” niż „przepraszam”, łatwiej „love” niż „kocham”. Nie tak prędko – pomyślałem. Przede wszystkim to właśnie w takich sytuacjach ćwiczymy umiejętność posługiwania się językiem. A pisanie sms-ów nie wymaga zmagania się z umiejętnym zapisem słów i wiedzy o konstrukcji zdań czy gramatyki. Więc, jakie wnioski? Tego słownik nam nie zastąpi. Sklecenie zdania z przypadkowych słów to jeszcze daleka droga do prawdziwego sensu. Jednak z całą pewnością może być to narzędzie użyteczne, bo przecież każdemu zdarza się czasem zapomnieć potrzebnego akurat słówka. Więc czemu nie? Choć ostatnio podczas zakupów przekonałem się, że można obejść nie tylko gramatykę, ale też zagrać na nosie językowi angielskiemu. Kiedy w księgarni przeglądałem nowości wydawnicze, otrzymałem takiego oto sms-a od mojej nieocenionej żony, która właśnie buszowała w sklepach z produktami niepotrzebnymi czyli ciuchami: „Give me $$$! Please, bejb” :-)

 

 

No responses yet

Oct 13 2009

POPRZECZKA ZA WYSOKO

Published by Apple under Venetta

S_DSC_9259

 

Przez kilkanaście lat swojej zawodowej praktyki, wiele razy miałam do czynienia z rodzicami mającymi zbyt wysokie oczekiwania. Ich wygórowane ambicje dotyczyły dzieci,  nauczycieli, zajęć i w ogóle wszystkiego. Spodziewali się, że maluch najlepiej już po pierwszym kursie nie tylko doskonale opanuje słownictwo, ale też będzie mówić po angielsku z doskonałym, brytyjskim akcentem.

 

Od samego początku uświadamiam rodzicom, że dzieci – bez względu na wszystko – uczą się języka tak samo: stopniowo. Wymawiają głoski w określonej kolejności. Na przykład najpierw uczą się wymawiać „b” i „m”, a dopiero potem „l” czy „j”. Wyjaśniam też niestrudzenie, że istnieje pewien schemat, według którego dzieci uczą się dźwięków. Jest związany z wiekiem dzieci oraz ich zdolnością do szybkiego i precyzyjnego poruszania mięśniami narządów mowy. Maluchy cały czas osłuchują się z językiem i „dostrajają” do jego brzmienia. Mimo nawet niezwykle wysoko powieszonej poprzeczki, pewnych procesów nie da się „przeskoczyć”: potrzeba od paru miesięcy do kilku lat, zanim normalnie rozwijające się dziecko przyswoi sobie odpowiedni zasób słownictwa i nauczy się wymawiać prawidłowo głoski.

Naturalną rzeczą jest również, że dzieci dla których angielski jest drugim językiem, muszą dłużej uczyć się wymawiania głosek, niż rodzimi użytkownicy tego języka. Takie dzieci nie mają wieloletniego doświadczenia w słuchaniu i wymawianiu dźwięków. Sześcio- i siedmiolatki nie będą popełniać takich samych błędów jak trzylatki, ale naturalnym zjawiskiem będzie u nich niewłaściwe wymawianie „r” oraz obu wariantów głoski „th”. To normalne i nie ma się tym co przejmować. Większość rodzimych użytkowników języka angielskiego zaczyna poprawnie wymawiać głoskę „r” w wieku pięciu lat, a oba warianty głoski „th” w wieku sześciu lub siedmiu lat. Niewątpliwie każde dziecko rozwija się inaczej i istnieje pewien przedział czasowy uważany za normę.

Niestety nader często spotykam się z roszczeniową postawą rodziców, którzy wyznają zasadę: płacę za kurs, więc wymagam szybkich efektów. Czyli „oczekuję, że moje dziecko po waszym kursie płynnie opanuje język angielski w mowie i piśmie”. No niestety, każde dziecko rozwija się w swoim własnym tempie i ma różne predyspozycje. Nie ma chyba na świecie nauczyciela, który dałby komukolwiek gwarancję, że postępy Jasia X będą takie, jak opisane w podręczniku metodycznym. Rodzice często patrzą na postępy edukacyjne innych dzieci, przyrównując do nich postępy własnych. Pół biedy, jeśli dziecko przeambicjonowanego rodzica jest wyżej. Kłopot zaczyna się wówczas, gdy maluch do umiejętności rówieśnika nie przystaje. Najczęściej rodzice upatrują wówczas problemu we własnym dziecku, szukając porad u rozmaitych specjalistów: psychologa dziecięcego, logopedy, pedagoga… Zupełnie bez sensu. Wiecie co myślę w takich przypadkach? Że to jednak nie dziecko, ale rodzice mają problem. I to nie maluch, ale dorosły powinien skorzystać z porady odpowiedniego fachowca…

 

No responses yet

Next »