Tag Archive 'wychowanie dzieci'

Mar 25 2010

DYSLEKSJA CZY ZWYKŁE LENISTWO?

Published by Apple under aktualności

 

Dysleksja nie jest wadą ani chorobą. Jest to zaburzenie występujące u dzieci (ale też u dorosłych), które nie mogą opanować umiejętności językowych: czytania, pisania i ortografii. Nie są one rezultatem ogólnego opóźnienia rozwoju czy osłabienia wrażliwości zmysłowej: wynikają ze zmian w ośrodkowym układzie nerwowym. Dyslektycy mogą być jednak bardzo zdolni. Znani dyslektycy to: H. Ch. Andersen, Jan Matejko czy Jacek Kuroń. 

Jeżeli dziecko zaczyna późno chodzić, około trzeciego roku życia zaczyna mówić, w wieku przedszkolnym ma trudności w opanowaniu jazdy na rowerze (obniżona sprawność ruchowa), nie umie trzymać w ręce łyżeczki i widelca (obniżona sprawność manualna), posiada częste wady wymowy, nie może zapamiętać stron: lewa – prawa oraz myli litery z-s, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że w przyszłości będzie dyslektykiem. Ponadto przyszły dyslektyk nie narysuje kółka w wieku 3 lat, jako czterolatek nie narysuje kwadratu i krzyża , a w wieku 5 lat nie narysuje trójkąta równoramiennego.  

Aby z całą pewnością stwierdzić czy dziecko jest dyslektykiem, czy też zwyczajnym leniem, należy poddać je badaniom psychologiczno-pedagogicznym i obserwować postępy w nauce.    

Na dysleksję wskazywać mogą:

- trudności w odróżnianiu prawej i lewej strony ciała,

- problemy z określaniem kierunku w przestrzeni,

- kłopoty z zawiązaniem sznurowadła, zapięciem guzików, utrzymaniem nożyczek,

- trudności w utrzymywaniu rytmu, np. w trakcie klaskania,

- trudności w wykonywaniu więcej niż jednego polecenia naraz,

- niezgrabność, niezdarność np. w skakaniu, łapaniu piłki,

- problemy w zadaniach wymagających utrzymania równowagi, np. bocian, stanie na jednej nodze,

- brak umiejętności ułożenia według wzoru układanki,

- roztargnienie, refleks znacznie wolniejszy niż u rówieśników,

- opuszczanie lub mylenie wyrazów,

- zlewanie się liter w wyrazie,

- trudności  w przepisywaniu z tablicy,

- trudności w zapamiętywaniu dat, adresów, numerów telefonu itp.,

- problemy ze zrozumieniem pojęć: wczoraj, dziś, jutro,

- trudności w wykonywaniu prostych obliczeń,

- mylenie kierunków: prawy- lewy, góra – dół,

- niestaranne lub błędnie formowane litery, brak odróżnienia liter o podobnych kształtach ( m-n, l-t-ł),

- odwrócenia lustrzane liter lub całych słów,

- przestawianie głosek w wyrazach,

- kłopoty z zapamiętywaniem wierszyków i piosenek,

- problemy z nazywaniem po kolei dni tygodnia, pory roku, nazwy miesięcy,

- kłopoty z odróżnianiem głosek o podobnym brzmieniu (g-k, z-s, w-f),

- brak umiejętności płynnego czytania,

- unikanie czytania,

- trudności z utrzymaniem długopisu,

- zaburzone pisanie, trudne do odczytania i zrozumienia – opuszczanie liter
i sylab lub ich dodawanie, słabe użycie składni,

- kłopoty z odtwarzaniem figur geometrycznych,

- błędna wymowa, kłopoty z zapamiętaniem wypowiedzianego wyrazu,

- trudności w odpowiedzi na pytania do czytanego tekstu,

- niezdolność do zapamiętania wyrazów i zwrotów dyktowanych, 

- trudności z koncentracją uwagi, łatwość rozpraszania się.

Oczywiście to od rodziców zależy jak szybko wykryta zostanie dysleksja u ich dziecka. Nie należy traktować dziecka jak chorego, kalekiego, niezdolnego, złego czy leniwego. Nie wolno karać i wyśmiewać. Nie łudzić się również, że „samo z tego wyrośnie”… Dziecko pozbawione specjalistycznej opieki nie poradzi sobie z dysleksją. Gdzie zatem szukać pomocy? U logopedy, nauczyciela, u pedagoga czy psychologa szkolnego, w poradniach psychologiczno–pedagogicznych, a także w Zarządzie Głównym i oddziałach Polskiego Towarzystwa Dysleksji.  Dzieci uczęszczające na zajęcia do centrów Helen Doron również objęte są opieką pedagogiczną i psychologiczną − tu także mogą Państwo uzyskać specjalistyczną pomoc.

.

No responses yet

Mar 03 2010

WASH & GO: WASH NA WŁOSACH, WŁOSY GO…

Published by Apple under Venetta

 

O nowych produktach i ich fantastycznych zaletach dowiadujemy się niemal w każdej chwili, której nie przeznaczamy na sen. Reklama wciska się do naszych oczu, uszu, nosów i ust. Atakuje przez radio, telewizję, Internet, na ulicy i w supermarkecie… Wyrzucana do śmieci − powraca pocztową skrzynką, wsuwa się za wycieraczkę samochodu, wskakuje przez okno… No trudno. W takich czasach żyjemy i nikt na nachalność reklamy nic już nie poradzi. Ale żeby w szkole zamiast wierszyków recytować reklamowe slogany? No tego już za wiele…

 

Swego czasu zapłaciłam pokaźną sumę za piękną Barbie. Wcześniej był jeszcze różowy konik Little Pony z uroczym domkiem Ponyville. Do tego doszedł maleńki kucyk Pinkie Pie mieszkający w Pałacu Snów, Rainbow Dash i Toola Roola… W tym samy czasie starsza córka została fanką Hello Kitty i postanowiła zebrać całą kolekcję: od cukierkowej pomadki, poprzez akcesoria do włosów, plecak, telefon komórkowy, na garderobie kończąc. Syn, zobaczywszy reklamę konsoli gier Nintendo, odnalazł nowy cel życia… Córki są bardziej grymaśne, zatem szybko okazało się, że reklamowane produkty nie spełniają ich oczekiwań. W telewizji Barbie tańczyła, śpiewała, nie filcowały jej się włosy, a perłowe zęby błyszczały w uśmiechu. Ta wyjęta z pudełka nie robiła już takiego wrażenia. Podobnego rozczarowania dostarczyła farma kucyków i kocie akcesoria made in China. „No cóż…” − pomyślałam. „Oto uczycie się dzieciaki prawdziwego życia, które nijak nie przypomina tego kolorowego świata reklam”. Spoty posługują się półprawdami, które mają działać na naszą wyobraźnię. Oczywiście najłatwiej „złapać” dzieci, bo one we wszystko uwierzą. Ale, zdarza się − na co przykład mam we własnym domu − że na reklamę dają się naciągnąć nawet i całkiem poważni panowie. Tacy jak mój mąż, którzy to uważają się za ekspertów w każdej kwestii. Bo skoro „większość rodzin amerykańskich używa…” to cacko musi być doskonałe. A przecież w Polce chcemy żyć jak w Ameryce, prawda? Jeżeli więc zdecydujesz się na kupno, przynajmniej pod tym jednym względem Twoja rodzina stanie się podoba do amerykańskiej.

Reklamy proponują nam rozwiązanie codziennych problemów za pomocą produktów ułatwiających życie. Rozbudzają nie tylko zmysły, ale przede wszystkim potrzeby. Nowe produkty obiecują lepsze życie, większy komfort i świetną zabawę. Uwodzą i prowokują. Pal licho, że dorosłych. Gorzej, że na reklamowy lep łapią się nasze dzieci. Zastanawiałam się, jak rozwiązać ten problem. Przecież nie da się wyeliminować całego tego reklamowego kitu. Reklama jest wszędzie. Nawet w szkole. Cieszę się, że moje dzieci uczą się angielskiego. A tu akurat reklama często przychodzi w sukurs, bo właśnie dzięki reklamie dzieciaki poznały całe mnóstwo idiomów i anglojęzycznych zwrotów. Do znudzenia powtarzały, że „Coca-Cola is the music”, a „Mentos the Freshmaker”. Ale kiedy któregoś razu po powrocie z przedszkola, mała pochwaliła się, że nauczyła się dziś nowej piosenki po angielsku, po czym wyśpiewała 30-sekundowy spot reklamujący cukierki – zagotowałam się. A, jakby tego było mało, syn poprosił mnie o pomoc w tłumaczeniu na angielski krótkiego tekstu, który pani zadała na lekcji jako pracę domową. Tekst szedł tak:

„Idealnie wyprasowane rzeczy. Bez cienia plamki, bo woda nie skapuje spod stopy żelazka i nie brudzi tkaniny. Dodatkowe, wzmocnione uderzenie pary powoduje, że znikają bez śladu nawet najtrwalsze zagniecenia. Idealnie szybkie i wygodne prasowanie – byś miała więcej czasu dla siebie…”.

 

„Chyba starzeję się, kurczę…” − pomyślałam i poczułam, że nie jestem ani „fresh”, ani „cool”, ani nawet „tego warta”. Ale na pewno bardzo, bardzo chciałabym mieć takie żelazko ;-)

 

One response so far

Feb 03 2009

KWESTIA KROWY CZYLI… BRZYDKIE SŁOWA PO ANGIELSKU

Published by Apple under Kacper

 

W końcu pojawią się tego typu pytania: - Taaaato, jak po angielsku jest głupi? Ba… dobrze, jeśli tylko takie. Ale uprzedzam Was, będzie gorzej. Brzydkie wyrazy, bo o nich mowa, prędzej czy później wzbudzą zainteresowanie dzieciaków. Nawet, jeśli w domu zadbamy o czystość języka i zapanujemy nad nim w sytuacjach kryzysowych – wypuszczając latorośle w świat, nie uchroni ich nasz ciepły i szczelny klosz. Nie dość, że brzydkie wyrażenia i zachowania zaatakują małolatów od strony dorosłych to – co tu dużo mówić – niektóre ganiające po podwórkach dzieciaki potrafią wykazać się werbalną wrażliwością godną niejednego, przysłowiowego szewca. Jeszcze innym, przebogatym kanałem przekazu wulgaryzmów, są oczywiście media (i nie chodzi tu jedynie o „dorosłe” filmy, bo niecenzuralne wyrażenia pojawiają się już nawet w kreskówkach). Każdy rozsądny rodzic wie: uważaj czym ekscytuje się twoje dziecko. Sprawdź co czyta, ogląda, z kim się zadaje. Tere fere.  Pokażcie mi takich rodziców, którzy z ręką na sercu wypełniają wszystkie teoretyczne zalecenia doskonałej troski i rodzicielskiego nadzoru…

Ale to już temat na całkiem inny wpis. Dziś zajmę się sprawą „brzydkich słów po angielsku”. Szybko zauważyłem, że poziom znajomości języka u moich starszych uczniów wykracza daleko poza zakres materiału objętego kursem. Dzieciaki chwaliły się między sobą anglojęzycznymi słowami „wyłapanymi” z telewizora. Znaczenie niektórych bardzo dobrze rozumiały, ale co do innych – miałem wątpliwości. Postanowiłem zatem wkroczyć do akcji. Tłumaczyłem mojej wesołej gromadce po co językowi tego typu słownictwo, bacznie zwracając przy tym uwagę, na jakie konkretne sytuacje i filmy powoływały się dzieciaki. Okazało się to niezwykle cennym źródłem wiedzy pedagogicznej. Kiedy moje dzieciaki przekrzykiwały się przytaczając przykłady, nagle jeden z chłopców – Marcin – odepchnął wyrywającą się do wypowiedzi dziewczynkę i fuknął w jej kierunku: - Stupid cow! Zamarłem. Mała momentalnie zalała się łzami. Reszta grupy zaczęła się śmiać. Uspokoiłem dzieciaki i zwracając się do Marcina, zapytałem: - Skąd znasz takie określenie? Wiesz, co dokładnie znaczy? Oczywiście, wywołany do odpowiedzi zrobił się czerwony, po czym przecząco pokiwał głową i odparł, że często zwracają się tak do siebie bohaterowie popularnej, amerykańskiej kreskówki. – Aha… – pomyślałem – Tu leży pies pogrzebany… Tym razem spytałem pochlipującą jeszcze małą czy rozumie znaczenie słów Marcina i, czy to właśnie z tego powodu zaniosła się płaczem. Odpowiedziała, że zna słowo „cow”. Kontynuowałem śledztwo: teraz czas na grupę. -  Czy ktoś wie, co oznacza cały zwrot? Jedni kiwali przecząco głową, inni potakiwali. Żadne z dzieci nie chciało jednak głośno wypowiedzieć „nieładnych wyrazów”. Postanowiłem rozwiązać sytuację i zakończyć kwestię. - Marcin użył brzydkiego wyrażenia. Pierwszym słowem nazwał koleżankę głupią. Drugim – wmieszał w całą aferę miłe i dobre zwierzątko czyli krowę. Łącząc się jednak w parę, słowa stworzyły zwrot bardzo obraźliwy. Nikt nie chciałaby, żeby zwracano się do niego w taki sposób…

Ostatecznie Marcin przeprosił koleżankę i było po sprawie. Mimo, że plan przewidywał w tym dniu coś zupełnie innego – zajęcia nie były stracone. Dzieciaki nauczyły się, że czasem słowo określające coś sympatycznego i dobrego, po połączeniu z jednym lub kilkoma „brzydkimi” słowami – nie tylko zmienia swoje własne znaczenie z miłego na obraźliwe, ale też nadaje zupełnie innego sensu całemu zwrotowi. Dzieciaki chętnie używają określeń zasłyszanych w telewizji. Znają znaczenie jednego czy dwóch wyrazów, nie zdając sobie sprawy ze znaczenia pozostałych. Rolą dorosłych jest, by w porę zauważyć różnicę: czy używają „brzydkich” słów i zwrotów nieświadomie czy z premedytacją, aby zdenerwować czy obrazić inną osobę. Bo jeśli tak – trzeba umiejętnie odwołać się do sprawdzonej przez pedagogów metody nagród i kar (to już jednak temat na inny tekst). Co najważniejsze – nie udawajmy przed dzieckiem, że wulgaryzmy i obraźliwe określenia nie istnieją. Nie ma na świecie takiego języka, w którym by ich nie było. Rzecz w tym, aby wyrobić w dziecku przekonanie, że brzydkie słowo to zawsze brzydkie słowo – nieważne w jakim języku wypowiadane. A w każdym istnieje na szczęście tak wiele słów pięknych i dobrych, że szkoda tracić czasu na wulgarne i obraźliwe.

 

 

No responses yet

Next »